#Isoverparty, czyli w sieci jesteś skończony

#Isoverparty, czyli w sieci jesteś skończony

Myśląc o kulturze anulowania, warto zadać pytania: kim są ci, którzy poczuwają się do wymazywania drugiego człowieka z dyskursu? Skąd się wzięli i na jakiej zasadzie przyznali sobie prawo, by decydować o tym, że ktoś jest skończony?

W czasach, w których lwia część wydarzeń przeniosła się do Internetu, nie powinno nikogo dziwić, że te "imprezy" odbywają się na Twitterze. Nawet jednak, kiedy część wydarzeń wróci do świata realnego, "imprezy" cały czas będą miały miejsce w sieci - bo tylko obiecujące względną anonimowość media społecznościowe, zapewniają dla nich warunki.

Jakie eventy mam na myśli? Tak zwane #isoverparties, w których między hasztag a słowo "is" należy wstawić imię osoby lub nazwę marki, które -według społeczności Internetu - są skończone. Odbywa się to tak: dana osoba lub firma wypowiada słowa bądź podejmuje działania, które mogą być uznane za rasistowskie, homo- lub transfobiczne. Potem na Twitterze, po początkowej krytyce, pojawia się wezwanie, by oskarżony o złe postępowanie zniknął z przestrzeni publicznej. Wezwanie przyjmuje formę wspomnianego hasztaga. Wpisy mnożą się i mnożą, wysyłane - na ogół - z anonimowych kont. W ostatnim półroczu takie "imprezy" urządzono m. in. J. K. Rowling, Jimmy’emu Fallonowi, czy Chrisowi Evansowi.

Jak na średniowiecznym jarmarku

Zjawisko to jest oczywiście elementem szerszego trendu, jakim jest kultura anulowania (roszczenie dużych grup użytkowników Internetu, by nieodpowiadające ich standardom poprawności politycznej osoby lub marki zniknęły z przestrzeni publicznej) ciekawe jest jednak, jaką rolę w nim pełni. Sądzę otóż, że jest to - przez przyrostek "party" - taka sama rola, jaką w średniowieczu sprawowały jarmarki, na których dokonywano egzekucji lub tortur. Nic nie jest wszak lepszą zabawą niż ujrzenie pognębienia drugiego człowieka lub uczestniczenie w nim (w średniowieczu - przez rzucenie wyzwiskiem bądź pomidorem, dziś - poprzez wysłanie opatrzonego hasztagiem tweeta).

Powstaje jednak pytanie: o ile w średniowieczu jarmark był usankcjonowany obyczajem, co sankcjonuje #isoveparties dzisiaj? Innymi słowy: kto biorących udział w tych "przyjęciach", uprawnił do wymazywania drugiego człowieka z dyskursu?

Woke, czyli przebudzenie

Odpowiedź na to pytanie brzmi: przynajmniej we własnej opinii, wymazujący uzyskali to prawo od społeczeństwa i historii. Sądzą, że to dla nich nagroda za pewną szczególną zasługę. Jaką? Taką otóż, że się "przebudzili", po angielsku - "woke". Kto szuka dokładnej definicji tego słowa, niech zajrzy do Oxford English Dictionary, do którego w 2017 r. zostało dodane i opisane następująco: "zwyczajowo: bycie dobrze poinformowanym. Ostatnio: bycie świadomym społecznej niesprawiedliwości".

Historia bycia przebudzonym sięga jednak dalej, niż rok 2017 - i dalej, niż historia #isoverparties, które jako hasztag pojawiło się już w 2015 r. (służyło wtedy do wyrażania niepochlebnej opinii o dokonaniach anglosaskich piosenkarzy). Dopiero po jej prześledzeniu można zrozumieć, dlaczego bycie "woke" przyjmuje dziś taki wymiar taki.

ZOBACZ: Młodzież ucieka przed internetem. "Wyuczona bezradność"

Kto przebudził się jako pierwszy? Niejaki William Melvin Kelley, czarnoskóry pisarz mieszkający w latach 60. na nowojorskim Harlemie. Napisał esej pt. "If You’re Woke You Dig It", ogłoszony na łamach "New York Times’a". Przekonywał w nim, że czarni nie powinni odgrywać w społeczeństwie roli przypisanej im przez białych i zachować swój specyficzny slang, zamiast starać się mówić tak, jak ich współobywatele o innym kolorze skóry.

Kelley pisał w czasach, gdy czarna kultura wchodziła do amerykańskiego głównego nurtu - za jego sprawą, a także pisarzy takich jak James Baldwin i Ishmael Reed. Bycie przebudzonym oznaczało dla tych twórców świadomość, że to, co robią czarni, nie jest gorsze od działalności białych, a najlepszym instrumentem w walce o równe prawa będzie pielęgnowanie własnej tożsamości. By jednak termin "woke" wszedł do głównego nurtu, trzeba było, by użyli go artyści o większej sile oddziaływania od pisarzy, czyli - muzycy.

Konkretnie: Erykah Badu (piosenka "Master Teacher" z 2008 r., w której śpiewała: "I stay woke / What if there was no niggas / Only master teachers?") i Childish Gambino ("Redbone" z 2016 r., ze słowami: "But stay woke / Niggas creepin’ / They gon' find you / Gon’ catch you sleepin’"). Ponieważ ich piosenki zbiegły się z nowymi tryumfami działalności artystycznej czarnych, takimi jak książki Colsona Whiteheada, filmy Jordana Peele’a czy Czarna pantera, bycie przebudzonym (wówczas: świadomym systemowego rasizmu ukrytego w amerykańskiej historii) stało się udziałem większych rzesz społeczeństwa.

 Zaraz, zaraz! - może ktoś powiedzieć. Systemowy rasizm nie jest wszak tym, co homofobia, transfobia i inne puzzle składające się na dzisiejszą poprawność polityczną. Dlaczego więc dziś "woke" dotyczy także ich?

Dlatego, że dzisiejsi aktywiści ruchu przebudzonych, przodujący w kulturze anulowania, idą ścieżką, która nie została wymyślona przez nich samych. Jest ona raczej dziełem twórców alt-right - ruchu, który w połowie poprzedniej dekady zatryumfował w USA i na całym świecie, doprowadzając do wyboru Trumpa czy Brexitu. Innymi słowy: ruchu, który zrozumiał, że polityczną zmianę w społeczeństwie, zgodnie z prawem sformułowanym przez Gramsciego, poprzedza zmiana kulturowa, i który zaproponował użytkownikom internetu: weźcie czerwoną tabletkę. Ta ostatnia miała być odtrutką na idee propagowane przez lewicujących liberałów - kosmopolityzm, tolerancję i tak dalej.

Na tej samej zasadzie działa młodszy od alt-rightu ruch "woke", który nawołując do przebudzenia nawołuje także do ujrzenia nieznanej strony rzeczywistości. Podobnie jak alt-right, nie określa swoich wartości w sposób pozytywny, ale przez reakcję. Działa to tak: jeżeli alt-rightowcy potępiają daną osobę czy wartość - one stają się sojusznikami lub przedmiotem obrony przebudzonych. Do świadomości systemowego rasizmu została więc dla woke-owców dodana świadomość homo- czy transfobii dlatego, że są to antywartości propagowane przez ich przeciwników.

Świadomość - świadomością. Jakkolwiek przebudzeni woleliby sądzić, że jest inaczej, ich samo-pasowanie na rycerzy słusznej (bez ironii) sprawy nie mogłoby się odbyć bez udziału jeszcze jednej instytucji, czyli - wielkich marek.

Uroki mody

Komentując ostatnio na łamach "The Atlantic" sposób, w jaki Coca-Cola, IKEA czy czołowe koncerny odzieżowe propagują ruchy #metoo, #timeisup i walczą z homofobią, Helen Lewis stwierdziła, że ich działania (choćby: zwalnianie pracowników za niezgodne z poprawnością polityczną wypowiedzi w Internecie) niewiele mają wspólnego z wprowadzaniem systemowych rozwiązań - na przykład zapewnianiem kobietom w miejscach pracy warunków, w których nie byłyby narażone na molestowanie. Wynika to raczej z ochoty tych przedsiębiorstw, by podpiąć się pod modny w mediach społecznościowych trend. Sądzę, że w tej ochocie właśnie tkwi druga część odpowiedzi na pytanie o to, skąd ci, którzy chcą anulować, czerpią przekonanie o swojej prerogatywie do tego .

ZOBACZ: Komu i kim wolno pogardzać?

Zdaniem Lewis, postępowanie wielkich firm można opisać tak: chcą się przedstawiać jako przebudzone (czyli takie, w których szeregach nie może pracować ktoś, kto naruszył poprawność polityczną), by się zabezpieczyć na przyszłość, w której same mogą się stać przedmiotem #isoverparty. Takie "przyjęcie", oczywiście, nie musi koniecznie oznaczać ich upadku. Nie warto jednak ryzykować. Lepiej zaprezentować się jako szczery wyznawca wartości "woke" i propagować je z nadgorliwością neofity. Ponieważ wielkie marki są reaktywne względem internetowych tłumów - innymi słowy: przejmują ich zestaw idei, zamiast tworzyć własny - dają tym ostatnim złudzenie wszechmocy i pewności, że to one mają prawo do wymazania z dyskursu kogoś, kto owe wartości - choćby werbalnie - naruszył.

Łaska wielkich firm jeździ jeździ jednak na pstrym koniu. Gdy idee i wartości dokładnie odmienne od "woke" staną się modne, równie chętnie wezmą je na sztandar. A wtedy to ci, którzy ostatnio anulowali - zostaną anulowani, bo nie będą mieli żadnej legitymacji dla swojej działalności.

Komentarze

Wojciech Engelking
ur. 1992, pisarz, publicysta stale publikujący w Newsweeku i Kulturze Liberalnej. Wiosną przyszłego roku, nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jego powieść „Serce pełne skorpionów”