Komu i kim wolno pogardzać?
TADEUSZ KONIARZ/REPORTER/East News

Komu i kim wolno pogardzać?

Krytyka pogardy jako zachowania, które w czasie wyborów zdominowało polską debatę publiczną, jest zaskakująco jednostronna.

Jeśli macie w mediach społecznościowych wyborców Rafała Trzaskowskiego, będziecie wiedzieli, o czym mówię. Kiedy ogłoszono, jakie grupy społeczne najchętniej głosowały na jego konkurenta (mieszkańcy wsi i ci legitymujący się wykształceniem najwyżej średnim), na fejsbukowe tablice wylał się żal: jakim prawem oni mają wybierać Polsce prezydenta? Czy wiedzą, na kogo głosują? To głupi wieśniacy, przekupieni szmalem z 13-tej emerytury!

Mury polskie Ciemnogrodu

Kto obserwuje polską scenę publiczną, mógł się tej reakcji spodziewać. Z podobną mieliśmy przecież do czynienia, gdy partia rządząca wprowadzała rozmaite programy socjalne. Podobna też była jej krytyka: liderzy opinii, głównie lewicowej, twierdzili, że reakcja (umownych) liberałów jest klasistowska, pogardliwa i dehumanizuje wyborców PiS, ponieważ zasadza się na obśmiewaniu ich biedy.

ZOBACZ: Niesłabnący duch przekory

W dzisiejszej lewicowej krytyce jest coś, co mnie interesuje, mianowicie - siła, z jaką wybrzmiała. Nie przypominam sobie bowiem, by podobnie mocna była dezaprobata wobec mieszkańców Polski poza-wielkomiejskiej, gdy przyklaskiwali oni decyzjom swoich samorządów o "strefach wolnych od LGBT", obrzucali kamieniami marsze równości czy cieszyli się na słowa Andrzeja Dudy o ideologii, nie ludziach - a to przecież pogarda taka sama, jak liberałów, czyli: dehumanizująca jej obiekty.

Jaki z tego wniosek? Taki, że zdaniem lewicowych komentatorów Polska poza-wielkomiejska stała się przestrzenią wyjętą spod krytyki. By być złośliwym: według lewicowców "mury polskie Ciemnogrodu" z wiersza Miłosza otoczyły ją tak szczelnie, że liberałom nie wolno wspiąć się na nie, zerknąć z flanki w dół i sarknąć z przerażeniem na to, co się tam dzieje - bo wtedy winni są klasizmu i niezrozumienia nieszczęśliwego usytuowania polskiej klasy ludowej. Tej ostatniej z kolei zupełnie odmiennie - wolno gardzić liberałami, jak się jej podoba.

Uprawomocnienie resentymentu

Jak nazwać to, co robi lewica? Chłopomanią? Nie sądzę.

Chłopomania zasadza się na idealizacji człowieka z ludu jako tego, któremu dzieje się źle; kogoś, kto obiektywnie pozbawiony jest dostępu do dóbr materialnych i intelektualnych i z tego względu nie może zrozumieć otaczającego świata. Chory na chłopomanię traktuje człowieka z ludu jak dzikusa, którego biedzie i jej pochodnym trzeba pomóc.

Czy taka pozbawiona dostępu do dóbr jest właśnie Polska poza-wielkomiejska? Przypomnę odpowiedź, jakiej udzielił przed wyborami Bartłomiej Sienkiewicz na łamach "Gazety Wyborczej", stwierdzając, że poza metropoliami wcale nie mieszkają ludzie ubodzy, ale nowa, powstała na prowincji klasa średnia. Wyjęcie Polski prowincjonalnej spod krytyki nie może być toteż ludomanią, bo Polaków innych niż ci z Warszawy albo Poznania trudno uznać za dzikusów z książki Jana Jakuba Rousseau.

ZOBACZ: "Przyziemne sprawy robią się bardzo skomplikowane", czyli jak przeżyć półtora roku na Marsie?

Jak więc zachowanie lewicowców nazwać? Określiłbym je - uwaga, kilka trudnych słów - ochotą lewicowych uczestników dyskursu, by uprawomocnić powstały na prowincji resentyment. Ten ostatni definiuję jako sposób przeżywania reakcji emocjonalnej, który przenika do osobowości przeżywającego, tracąc związek z okolicznością, z której wynikła. Okoliczność może się zmienić, resentyment zakorzenił się jednak tak głęboko, że pokrył oczy przeżywającego kataraktą. Koniec trudnych słów.

Jakie zdarzenie spowodowało w Polsce prowincjonalnej resentyment do wielkomiejskiej, w której - upraszczając - im wyższe wieżowce, tym więcej liberalnych wartości? Pisał o tym parę lat temu Ziemowit Szczerek, wskazując nagłość przemian, których forpocztą były w Polsce lat 90. wielkomiejskie środowiska właśnie, narzucające (choćby przez dostęp do gazet) prowincji swój punkt widzenia i obśmiewające tych, którzy go nie podzielali.

Że było to dawno temu i od tego czasu zmieniła się także materialna i obyczajowa sytuacja polskiej prowincji? Że, co więcej, to pogardzana przez nią Platforma Obywatelska nie godziła się na modernizację Polski, której prowincja by nie zaakceptowała? W logice resentymentu nie ma to znaczenia. "Człowiek stąd" pogardza "ludźmi znikąd", bo czuje względem nich nieustającą urazę - gdyż kiedyś ich ideowi przodkowie nie potraktowali go jako pełnoprawnego uczestnika debaty publicznej. By ten uraz zniwelować, dehumanizuje współczesnych "ludzi znikąd" i tych, czyje prawa mają oni (jakoby) na sztandarach - jak w robiącym furorę w sieci nagraniu, w którym dwóch panów wnosi o otwarcie dla gejów Treblinki.

To jednak nie wyjaśnia, dlaczego lewicowi uczestnicy dyskursu tak bardzo chcą ten resentyment uprawomocnić.

Komu wolno, komu nie

No, właśnie - czemu? Czemu wielkomiejska pogarda według nich nie przystoi i jest klasistowska, a pogarda prowincjonalna powinna zostać wyjęta spod krytyki - choćby pod tak bałamutnym hasłem, że odczuwających ją trzeba zrozumieć? Czemu niezbyt mądre (a właściwie: apokaliptycznie głupie) stwierdzenie Marka Kondrata z wywiadu w "Wyborczej", że ciemny tułów narodu został w piwnicy, jest gorsze od nawoływania o umieszczenie gejów w obozie koncentracyjnym i przekonywania, że dzieci chcą oni adoptować po to, by je seksualnie wykorzystywać? Czemu pierwszemu odmawia się istnienia w sferze publicznej, a nad drugim pochyla z troską? Dlaczego pochylają się nad nim ci, którym - choćby przez kapitał kulturowy - do Kondrata bliżej, niż do kapo in spe?

Bo Kondrat z elit? Hola, hola! Stwierdzić, że osobie X nie wolno wypowiedzieć pogardliwego stwierdzenia, bo jest osobą X, to stwierdzić, że jakościowo różni się ona od osoby Y. Tymczasem uprawomocniający resentyment lewicowcy zdają się podzielać liberalne przekonanie, że ludzie są równi i nie można wprowadzić między nimi jakościowych różnic. Powód, dla którego chcą resentyment uprawomocnić, musi być więc inny.

ZOBACZ: Zagłada Tokio i ewakuacja Nowego Jorku w 60 dni.

By go odszukać, należy zapytać, czego nie ma w ludomanii, a jest w uprawomocnieniu resentymentu. Tym czymś jest cynizm. O ile ludomanię przenika inteligencka misja, by przynieść wielkomiejskie dobra prowincji (wynikająca z poczucia winy względem niej), uprawomocnienie resentymentu zasadza się na ochocie, by wykorzystać lud do własnych celów. Tak starali się go wykorzystać, dla przykładu, XIX-wieczni rosyjscy narodnicy, którzy podróżowali do mużyka na zapadłej wsi, by jego resentyment skierować w stronę cara. Innymi słowy: by stworzyć z nieświadomych mużyków własne polityczne stronnictwo.

Ci, którzy uprawomocniają resentyment polskiej prowincji, robią to samo. Ich celem jest wywrócenie dotychczasowych, (jakoby) spisanych przez liberałów reguł gry w dyskursie, bo się w tych regułach, obiektywnie lub subiektywnie (częściej to drugie), nie odnaleźli. To zaś, należy zaznaczyć, działanie względem prowincji instrumentalne. Ci, którzy odczuwają resentyment, są w jego ramach sprowadzeni do roli pożytecznych idiotów, których można wykorzystać, bo są akurat pod ręką.

Pogardzajmy sobą! 

Czy polski walec pogardy, który dzięki ostatniej kampanii wyborczej zyskał odrzutowego przyspieszenia, można zatrzymać? Nie sądzę. Co więcej, nie widzę w tym wiele złego.

Pogardzanie innymi członkami danego organizmu państwowego (nie wspólnoty, w której każdy musi uznawać każdego - ale organizmu właśnie, w którym różne grupy żyją obok siebie) jest emocją na świecie powszechną. Joe z Texasu pogardza Jimem z Nowego Jorku i odwrotnie, Alain z Paryża z wzajemnością odczuwa wstręt względem Jeana z Pikardii - i nie ma tym wiele złego, dopóki na pogardzie się kończy (chyba że ta ostatnia jest zapowiedzią fizycznej eksterminacji) i dopóki nie jest ona wyrażana wybitnie wprost (jak w "Hejterze" Jana Komasy, gdzie liberalni państwo z Warszawy głównego bohatera, przyjezdnego prowincjusza, obśmiewają, owszem, ale wtedy, gdy opuści uroczystą kolację; podczas tej ostatniej są wobec niego może i odrobinę protekcjonalni, ale jednak grzeczni).

Robi się niebezpiecznie, gdy pogarda staje się sankcjonowana przez państwo albo duże grupy interesu (choćby symbolicznego), które dla własnych celów jedną jej odmianę wynoszą na piedestał, a drugą odsądzają od czci i wiary. Wtedy bowiem od sarknięcia na "wsioków" i "pedałów" - przykrego, ale oczekiwać, że ludzie nie będą robić rzeczy przykrych byłoby naiwne - do okładania tych "wsioków" i "pedałów" pięściami tak blisko, jak z Warszawy do województwa podkarpackiego.

Komentarze

Wojciech Engelking
ur. 1992, pisarz, publicysta stale publikujący w Newsweeku i Kulturze Liberalnej. Wiosną przyszłego roku, nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jego powieść „Serce pełne skorpionów”