Wojna kulturowa już się odbyła. Kto przegrał?
Pixabay

Wojna kulturowa już się odbyła. Kto przegrał?

Wojna kulturowa między prawicą a liberałami - która jakoby miała wkrótce zdominować polską debatę publiczną - już się odbyła. I została przez liberałów sromotnie przegrana.

Zacznijmy od trzech przykładów - by uświadomić sobie, jaka była stawka owej potyczki.

Pierwszy - grupa kilku lewicowych aktywistek wiesza na warszawskich pomnikach tęczowe flagi. Według załączonego przez nie manifestu: robią to w ramach odpowiedzi na kampanię nienawiści wobec osób LGBT, którą rozpętano przed wyborami prezydenckimi. Następnego dnia czyn ten potępiają politycy rządzącej prawicy i opozycyjnej centroprawicy. Kilka dni później policja zatrzymuje aktywistki.

Drugi - na trasie marszu w rocznicę Powstania Warszawskiego znajduje się siedziba pewnej partii politycznej. W jej oknach wywieszono transparent: "Feminizm, nie faszyzm". Policja usiłuje wejść do lokalu, zarzucając jego lokatorom próbę zakłócenia marszu.

Trzeci - podczas tego samego marszu inna tęczowa flaga, z emblematem powstańczej kotwicy, zostaje wyrwana trzymającej ją osobie i podeptana.

Przykłady drugi i trzeci spotkały się z milczeniem luminarzy liberalnej opinii publicznej. Pierwszy - z ich zapewnieniem, że wspierają osoby LGBT w walce o równe prawa, uważają jednak, że droga do nich nie wiedzie przez wieszanie flag na pomnikach.

Stawka bitwy

Dlaczego wspominam o tych wydarzeniach? By pokazać różnicę w natężeniu działań jednej strony (umownie nazwijmy: konserwatywnej) i drugiej (umownie nazwijmy: liberalnej) w sprawie postulatów, które - na zdrowy rozum - powinny się mieścić w agendzie tej ostatniej, a przynajmniej na Zachodzie mieszczą się w agendzie partii liberalnych. Powiedzieć, że nie ma między nimi symetrii, to nic nie powiedzieć. Należy raczej stwierdzić, że o ile strona konserwatywna wytacza potężne armaty, liberalna nieśmiało celuje w jej kierunku z rewolwerów. Uprzednio upewniając się, czy nie zostały one nabite.

ZOBACZ: Poczucie krzywdy nie usprawiedliwia barbarzyństwa. Zaremba o akcji aktywistów LGBT

Stawką bitwy była modernizacja i sekularyzacja Polski, doszlusowanie przez nią do standardu, który w Unii Europejskiej jest codziennością. W ramach tego standardu - potępienie wieszania tęczowych flag (nie mówiąc o ich wyrywaniu z czyichś rąk i deptaniu) czy stwierdzenie, że transparent ze słowem "feminizm" zakłóca patriotyczny marsz - równa się wykluczeniu z debaty. Zaznaczam: nie twierdzę, że nowoczesność równa się prawom osób LGBT. Uważam tylko, że w Polsce posłużyły one jako pars pro toto nowoczesności.

A dlaczego stawka "była", nie "jest"? Dlatego, że dzisiejsze starcie niby-liberałów z niby-konserwatystami to nie żadna wojna kulturowa. To przechadzka po pobojowisku, na którym ta wojna się już odbyła.

Kiedy przegrali?

Nie tak dawno temu, bo w 2009 r., dwóch politologów opisało, jak zachodzą w społeczeństwach modernizacje. Zdaniem Ronalda Ingleharta i Christiana Welzela, ich obyczajowy aspekt nabiera prędkości, gdy modernizacja dokona się w gospodarce. Przekładając na język polskich warunków, modernizacja obyczajowa ma miejsce, gdy zmodernizują się już scenografia (autostrady, urbanistyka, transport) i portfele obywateli.

Można powiedzieć, że liberałowie rządzili w Polsce po 1989 r., jakby tę teorię znakomicie znali. Najpierw zadbali o wzniesienie instytucji zachodniej demokracji. Potem - wzięli się za przebudowywanie scenografii, by zabrać za transfery socjalne (był taki, przypominam, nieśmiały pomysł PO w 2014 r.). I właśnie wtedy przegrali wojnę kulturową.

Nie było o tym nagłówków w gazetach? Nie transmitowano tej klęski w telewizji? Nic dziwnego. Wojna przegrana została w sposób niewidoczny i niesłyszalny - a właściwie: widzialny i słyszalny dopiero dziś.

ZOBACZ: Komu i kim wolno pogardzać?

Polscy liberałowie (ci w Sejmie, nie w gazetach) zachowywali się bowiem, jakby uważali, że życie pokornie zaadaptuje się do teorii Ingleharta i Welzela. Innymi słowy: że modernizacja obyczajowa zdarzy się sama, kiedy zmodernizowane zostaną portfele oraz scenografia Polski. Wtedy Polacy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, mieli sami z siebie zacząć wykonywać kolejne kroki w progresywnym marszu. Wierząc w to, polscy liberałowie nie tyle nie dokonywali najmniejszych prób unowocześnienia obyczajów. Oni działali na niekorzyść prób, za jakie brali się inni. Kontynuowali znaną z lat 90. tradycję zblatowania państwa z kościołem; zakazywali (działo się to w 2006 r. w Poznaniu) parad równości; odmawiali objęcia ich patronatem (w 2014 r. w Warszawie); wprowadzali święta ku czci Żołnierzy Wyklętych.

Nie znaczy to, że żadna obyczajowa modernizacja się wówczas nie dokonała. Powstały, w dużych miastach, lokale gay friendly; postacie homoseksualistów pojawiły się w telewizyjnych serialach; na paradach równości jechały platformy wielkich korporacji. Dokonała się ona jednak nie przy współudziale państwa, ale wbrew niemu.

W tym samym czasie polscy konserwatyści nie próżnowali. Przedstawiali każdy element modernizacji jako rzecz złowrogą. Ze szczególną intensyfikacją takiej działalności mieliśmy do czynienia wiosną 2019 r. Przyjmowaną wtedy przez Warszawę "Kartę LGBT" wprowadzono do dyskursu jako absurdalne "uczenie 4-latków masturbacji".

Jak to możliwe, że ktokolwiek w ten absurd uwierzył? Tak otóż, że dotychczasowa modernizacja była procesem kontr-państwowym. Jej oficjalne ramy nie zostały zatwierdzone przez państwo, można ją było więc dowolnie na użytek elektoratu wynaturzyć.    

Pobojowisko

Czy przegranie wojny kulturowej przez liberałów oznacza, że prawica zamierza zostawić ich niedobitki na pobojowisku i zająć się innymi sprawami? Wręcz przeciwnie. Zamierza ich wyrżnąć do gołej ziemi.

W słynnej teorii rewolucji Alexis de Tocqueville powiada, że zachodzi ona wtedy, gdy zmiany idą, ale za wolno, i ludzie są z tej powolności niezadowoleni. Dodaje też, że państwo po-rewolucyjne zawsze jest kontynuacją poprzedniego ustroju.

Na przykładzie Polski w 2020 r. widać trafność tej teorii szczególnie wyraźnie. Oto bowiem partia rządząca wykorzystała zbyt powolną modernizację portfeli Polaków, by zdobyć ich głosy. A jak kontynuuje poprzedni ustrój? Działając przeciwko modernizacji obyczajowej. Z tym, że jest to kontynuacja zradykalizowana, która nie tyle wykorzystuje pomysły obecne w poprzednim ustroju, co czyni je mocniejszymi: podkręca palnik.

ZOBACZ: Niesłabnący duch przekory

Przykładem jest zatrzymanie aktywistek zatykających tęczowe flagi na pomnikach pod zarzutem obrazy uczuć religijnych (co mogło zostać przez policję załatwione prostym wezwaniem do złożenia wyjaśnień). Jeśli poprzednia władza nie miała ochoty objąć patronatem Parad Równości, aktualna zajmuje się czynieniem zachowań modernizacyjnych (dziś jeszcze nieformalnie) zakazanymi: kryminalizowania ich.

Czy jest z tego punktu jakieś wyjście? Albo: czy marzenie progresywistów o kraju, który doszlusował do europejskiej średniej pod względem obyczajowym, może w jakikolwiek sposób zostać spełnione? Wbrew powyższemu czarnowidztwu sądzę, że tak.

To, że teoria Ingleharta i Welzela nie sprawdziła się w Polsce w poprzednich dekadach nie znaczy, że jest całkowicie nieprawdziwa. Po modernizacji scenografii i portfela faktycznie może się w Polakach pojawić ochota na modernizację obyczajów. Mam tu na myśli najmłodsze pokolenie, o które konserwatyści - jak zapowiadają - zamierzają zawalczyć w najbliższej kadencji. Mówię o ludziach za młodych, by głosować w ostatnich wyborach lub tych, którzy poparli liberałów.

Chcąc o nich zawalczyć, konserwatyści być może odkryją, że wojna kulturowa w tej generacji także się już odbyła. Tyle, że nikt o niej nie słyszał i nikt jej nie widział.

Komentarze

Wojciech Engelking
ur. 1992, pisarz, publicysta stale publikujący w Newsweeku i Kulturze Liberalnej. Wiosną przyszłego roku, nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jego powieść „Serce pełne skorpionów”