Specjalista od łamania szyfrów. Historia cichego bohatera Bitwy Warszawskiej
wikipedia.org

Specjalista od łamania szyfrów. Historia cichego bohatera Bitwy Warszawskiej

Człowiek, który powstrzymał Armię Czerwoną? Gdyby nie Jan Kowalewski i jego zespół, tysiące zaszyfrowanych radiodepesz bolszewickich pozostałyby dla Polaków tajemnicą. Dzięki niemu Józef Piłsudski wiedział w przededniu Bitwy Warszawskiej, skąd poprowadzić polską kontrofensywę, aby zadać wrogowi jak największe straty.

Myliłby się jednak ten, kto uznałby Kowalewskiego za wywiadowczego asa tylko jednego konfliktu. Zorganizowanie ucieczki rumuńskiego króla z Hiszpanii, przekazanie Winstonowi Churchillowi informacji o planowanym ataku III Rzeszy na ZSRR, pozyskanie od Niemców dokumentów o zbrodni katyńskiej - to raptem kilka z sukcesów podpułkownika podczas II wojny światowej.

Armia Czerwona podana jak na tacy

Jan Kowalewski na świat przyszedł w 1892 roku w Łodzi, ale swojej przyszłości nie zamierzał wiązać z miastem włókniarzy. Wprawdzie ukończył tamtejszą szkołę handlową, ale ciągnęło go w świat i wyjechał do Belgii, konkretnie do Liège, gdzie ukończył studia chemiczne. Potem przyszła pora na karierę inżyniera chemika w zakładach w Zgierzu i Białej Cerkwi na Ukrainie, ale na przeszkodzie życiowej stabilizacji stanęła I wojna światowa.

ZOBACZ: Arystokratka ekranu: uwodzi, drażni i nie chce poprawki do amerykańskiej konstytucji

Wcielony do carskiej armii, Kowalewski walczył m.in. w Bukowinie i Mołdawii, ale kluczowe, z perspektywy jego późniejszej działalności, okazały się nie chwile spędzone w okopach, a przy biurku. Skierowano go bowiem do pisania i szyfrowania dokumentów operacyjnych. Dzięki temu Jan poznał procedury, a także rosyjską terminologię wojskową oraz schematy rozkazów i meldunków, obowiązujące w armii cara. Wiedza - jak się okazało w 1920 roku - bezcenna.

Do kraju wrócił w lipcu 1919 i niemal z miejsca podjął służbę w wywiadzie. Przełomowa dla jego losów okazała się jedna noc, w ciągu której złamał szyfr zabezpieczający jedną z bolszewickich depesz. Stało się to w nietypowych okolicznościach - Kowalewski zastępował wówczas kolegę, który wyjechał na ślub siostry i miał za zadanie tłumaczyć na polski jawne, różnojęzyczne radiodepesze.

Jan Kowalewski jako attaché wojskowy w MoskwieWikipedia
Jan Kowalewski jako attaché wojskowy w Moskwie

 

Jako poliglota (znał francuski, niemiecki i rosyjski), nie miał z tym problemu, aż wreszcie z nudów (!) wziął się za zaszyfrowany telegram Armii Czerwonej. Po kilku godzinach poradził sobie z kodem i odczytał tekst - ta historia dała początek Wydziałowi II Szyfrów Specjalnych. Przy pomocy najwybitniejszych polskich matematyków Kowalewski stworzył strukturę, która do końca 1920 roku odczytała ok. 4000 rozkazów, raportów i innych bolszewickich tekstów.

ZOBACZ: Marek Krajewski: mamy czas próby i powinniśmy go spożytkować jak najlepiej [WYWIAD]

Dzięki niemu, polskie dowództwo wiedziało np., na przełomie lipca i sierpnia 1920, że część czerwonoarmistów zmierza na Warszawę, część na Lwów i między nimi tworzy się luka, wprost wymarzona do kontrataku. Co ważne, Kowalewski miał bezpośredni kontakt z Józefem Piłsudskim - gdy rozszyfrował szczególnie ważną depeszę, nie czekał na jej tłumaczenie, ale dzwonił do Belwederu i odczytywał ją Marszałkowi po rosyjsku.

Dyplomacja z Rzeszą w tle

Za zasługi w wojnie polsko-bolszewickiej Kowalewski został odznaczony orderem Virtuti Militari, a kolejne lata poświęcił na łączenie kariery wojskowej z dyplomatyczną. Pełnił role attaché wojskowego w ZSRR i Rumunii - na tej ostatniej placówce zaprzyjaźnił się m.in. z królem Karolem II Hohenzollernem, a także ministrem wojny i przyszłym dyktatorem, Ionem Antonescu. Nie mógł przypuszczać, że w przyszłości jednemu będzie pomagał w ucieczce, a z drugim korespondował, jako przedstawiciel aliantów…

Tymczasem nadszedł wrzesień 1939 roku - Polskę zaatakowali Niemcy, potem ZSRR, a sam Kowalewski ewakuował się do Rumunii. Tam stanął na czele komitetu pomocy uchodźcom, ale jeszcze w listopadzie zgłosił się do niemieckiego poselstwa z prośbą… o zgodę na powrót do okupowanej Polski. Podczas spotkania z posłem Rzeszy podpułkownik sondował także, czy Niemcy byliby gotowi do pewnych ustępstw wobec przymusowych polskich emigrantów (umożliwienie wysyłki listów na teren niemieckiej okupacji, powrót części cywilów do kraju, zgoda na wysyłanie polskim dzieciom w Rumunii książek z Generalnej Guberni).

Odpowiedź na wszystkie postulaty była oczywiście odmowna, ale nasuwa się pytanie, czy wizyta w poselstwie była samodzielną inicjatywą Kowalewskiego? Niewykluczone, że nie, i kryła się za tym jakaś misja wywiadowcza. W każdym razie, wkrótce Jan przeniósł się do Francji, ale nie minęło pół roku, gdy, wskutek ataku Wehrmachtu, musiał ewakuować się do Hiszpanii, a następnie Portugalii.

ZOBACZ: Szpitale i laboratoria walczą o szczepionkę na koronawirusa. Cyberprzestępcy nie oszczędzą nikogo

Z początkiem pobytu w Lizbonie wiążę się najbardziej kontrowersyjny epizod drugowojennej działalności Kowalewskiego. Połowa 1940 roku to bowiem szczyt niemieckiej dominacji w Europie: załamanie Francji i początek bitwy o Anglię. Nie było pewne, czy jedyny polski sojusznik - Wielka Brytania - na dniach nie podpisze pokoju z Rzeszą i w tej sytuacji Kowalewski opracował memorandum, skierowane do nazistowskich władz.

Pismo wyrażało gotowość części Polaków do rozmów politycznych z Niemcami, m.in. na temat utworzenia w przyszłości proniemieckiego rządu – pod warunkiem wcześniejszego złagodzenia okupacyjnego terroru. Pod memorandum podpisali się politycy tej miary, co przywódca emigracyjnej prawicy Tadeusz Bielecki, czołowy piłsudczyk Ignacy Matuszewski, czy publicysta i późniejszy premier na uchodźctwie, Stanisław Cat-Mackiewicz.

Przedsiębiorca, który uwolnił króla Rumunii

Gdy dokument zyskał podpisy odpowiedniej rangi, podpułkownik przekazał go jednemu z włoskich dyplomatów, z prośbą o dostarczenie niemieckiemu posłowi w Portugalii. Szef dyplomacji Rzeszy, Joachim von Ribbentrop, zignorował memorandum i sprawa ucichła, ale do dziś niektórzy przyklejają Kowalewskiemu łatkę kolaboranta. Niesłusznie - warto w nim raczej widzieć realistę, który w obliczu możliwego wycofania się Brytyjczyków z wojny szukał dla Polaków politycznej alternatywy.

Gdy tylko zorientował się, że w Londynie przeważyły "jastrzębie" i Wielka Brytania się nie podda, zaangażował się w działalność polskiego rządu na emigracji. Został kierownikiem tzw. Akcji Kontynentalnej - niejawnej organizacji, która miała utrudniać życie Niemcom i ich sojusznikom na wszelkie sposoby (rozwijanie proalianckiej propagandy, przeprowadzanie w tych krajach strajków robotniczych, werbowanie informatorów itd.).

Służba wywiadowcza wymagała podwójnej tożsamości i oficjalnie Polak był w Lizbonie właścicielem biura wycinków prasowych oraz przedsiębiorstwa handlowego. Ponadto, dla większej wiarygodności, kupił z funduszy brytyjskich (aliant finansował Akcję) kuter rybacki - w razie potrzeby miał posłużyć jako środek ewakuacji. Jeszcze tylko pozyskanie kilku lokali kontaktowych, zorganizowanie sieci współpracowników i Akcja ruszyła pełną parą.

ZOBACZ: "Wystarczy, żeby ludzie zwątpili". Dezinformacja, czyli populizm na sterydach

Dzięki wsparciu francuskich Polaków, Kowalewski stworzył nad Sekwaną tajny kanał przerzutowy ludzi i pieniędzy, wytropił też niemiecką radiostację w Portugalii, naprowadzającą u-booty na alianckie statki handlowe. Wreszcie, w maju 1941 roku spotkał się z radcą niemieckiej ambasady, Hansem Lazarem, który zasugerował, że między 20 a 25 czerwca "wydarzy się wielka rzecz", tj. Wehrmacht zaatakuje Związek Radziecki. Kowalewski zrozumiał aluzję i niezwłocznie powiadomił polskie władze w Londynie, a te Brytyjczyków, w tym premiera Churchilla.

Dodajmy, że kilka miesięcy wcześniej miał miejsce najbardziej spektakularny wyczyn podpułkownika w II wojnie - uwolnienie rumuńskiego króla z izolacji w Hiszpanii. Wspomniany już Karol II, po puczu w 1940 roku, udał się na emigrację i dotarł do Sewilli, gdzie znalazł gościnę w jednym z hoteli. Właściwie - nie gościnę, a luksusowe więzienie, gdyż każdy jego krok śledziła straż. Na szczęście, poprzez swojego szambelana dworu nawiązał kontakt z Kowalewskim, którego poprosił o pomoc w ucieczce.

Polak nie marnował czasu - wykorzystał fakt, że król miał do dyspozycji samochód, którym mógł się codziennie poruszać, w towarzystwie eskorty. Przez zaufanych ludzi polecił Karolowi, aby podczas każdej podróży odjeżdżał obstawie, ale dawał się dogonić. To uśpiło czujność straży i gdy 3 marca 1941 król, wraz z narzeczoną, jej odjechał, dodał gazu i dotarł do ustalonego miejsca. Tam na uciekinierów czekał drugi wóz, którym jechali jakiś czas, potem przesiedli się do trzeciego auta, którym przekroczyli granicę z Portugalią.

Trójnóg, czyli jak osierocić Hitlera

Portugalska aktywność Kowalewskiego to jednak nie tylko widowiskowe akcje, ale przede wszystkim żmudna praca, ukierunkowana na wyciągnięcie "Trójnoga", tj. Włoch, Węgier i Rumunii z hitlerowskiej koalicji. W tym celu Jan zaczął spotykać się z, przebywającymi w Lizbonie, przedstawicielami tych krajów, głównie posłami. Za ich pośrednictwem zamierzał dotrzeć do ważnych polityków danego państwa, aby uzmysłowić im, że trwanie u boku Rzeszy to recepta na militarną i dyplomatyczną katastrofę.

Niestety, ten projekt i odnośnie Włoch, i odnośnie krajów środkowoeuropejskich, zakończył się fiaskiem - najwcześniej okazało się to w przypadku Italii. Mianowicie, pod koniec 1942 roku Włosi poinformowali Kowalewskiego, że są skłonni zawrzeć separatystyczny pokój z aliantami, a jako mediatora, proponują polskiego premiera, Władysława Sikorskiego. Anglosasi nie byli tym zainteresowani - w styczniu 1943 w Casablance, Churchill i prezydent USA, Franklin Roosevelt, ustalili, że Włochom pozostaje jedynie bezwarunkowa kapitulacja.

Ostatecznie główni sprzymierzeńcy Hitlera poddali się we wrześniu 1943 roku, tymczasem Kowalewski wciąż prowadził dialog z Węgrami i Rumunami. W przypadku "bratanków" udało mu się skontaktować z premierem Lászlo Bárdossym, zaś rozmowy na odcinku rumuńskim okazały się najbardziej zaawansowane. Nic dziwnego, skoro podpułkownik przez lata był tam attaché i poznał wówczas Iona Antonescu, który w 1940 roku przeprowadził zamach stanu i ogłosił się dyktatorem (jeździł z nim nawet na narty w Karpaty).

ZOBACZ: Korzenie Hollywood, czyli jak nasi budowali Fabrykę Snów

"Conducator" (pol. "wódz") z chęcią odnowił znajomość z Kowalewskim i, aby podtrzymać kontakt, wysłał do Lizbony osobistego reprezentanta, pułkownika Calina Boteza. Rozmowy na linii Polak-Rumuni toczyły się przez wiele miesięcy, wreszcie w grudniu 1943 Portugalię nawiedził specjalny wysłannik Bukaresztu. Poinformował on człowieka Kowalewskiego, a zarazem swojego rodaka, Jeana Pangala, że Rumuni są gotowi do kapitulacji wobec aliantów. Niestety, negocjacje z Brytyjczykami upadły na ostatniej prostej - Rumuni bezskutecznie żądali od nich gwarancji ws. uniknięcia niemieckiej okupacji.

W międzyczasie Polak pozyskał od niemieckich dyplomatów materiały dotyczące zbrodni katyńskiej. O odkryciu masowych grobów polskich oficerów Niemcy poinformowali 11 kwietnia 1943 roku, a już 30 kwietnia lizboński poseł Rzeszy raportował do Berlina nt. Kowalewskiego.

Polski pułkownik przekazał za pośrednictwem byłego posła Pangala prośbę, aby udostępnić mu dobry materiał propagandowy o Katyniu w formie zdjęć i tekstów. […] Chce przekazać to do USA, z zamiarem rozpowszechnienia między 5 milionami tam żyjących Polaków

Prośba Kowalewskiego została spełniona, otrzymał on nawet imienną listę części katyńskich ofiar.

Z perspektywy polskiej sukces, z anglosaskiej niekoniecznie – jeśli podpułkownik zacząłby dystrybuować dokumenty o zbrodni sowieckiej, wywołałby międzynarodowy skandal. Brytyjczycy zaczęli się więc domagać od Polaków odwołania Kowalewskiego z Lizbony - doszło do tego 20 marca 1944 roku. Powojenne lata Jan spędził w Londynie, wydając przez blisko dekadę czasopismo "East Europe and Soviet Russia". Zmarł w 1965 roku, a tuż przed śmiercią przypomniał o swoich kryptologicznych umiejętnościach - złamał tzw. szyfry Traugutta z czasów powstania styczniowego. Podczas zrywu polski rząd wykorzystywał je do szyfrowania wiadomości, zarówno tych adresowanych za granicę, jak i wewnątrz kraju.

Przy pisaniu tekstu korzystałem m.in. z publikacji: "Pułkownik Jan Kowalewski - kontakty z władzami niemieckimi w czasie wojny" Jana Stanisława Ciechanowskiego, "Misja ppłk. dypl. Jana Kowalewskiego w Portugalii (1940–1944)" Andrzeja i Tadeusza Dubickich, "Podpułkownik Jan Kowalewski (1892-1965)" Wojciecha Grotta, "Bezkonkurencyjni polscy specjaliści od łamania szyfrów" Grzegorza Nowika i "Pułkownik Kowalewski w Lizbonie. Dwa epizody" Bernarda Wiadernego.

 

Komentarze