Arystokratka ekranu: uwodzi, drażni i nie chce poprawki do amerykańskiej konstytucji
Flickr/Gage Skidmore

Arystokratka ekranu: uwodzi, drażni i nie chce poprawki do amerykańskiej konstytucji

O Cate Blanchett mówią: arystokratka ekranu, bo urodziła się, by grać królowe. Wielka kreacja Elżbiety I w dwóch filmach Shekhara Kapura, a później Galadrieli w trylogii „Władca Pierścieni”, nie pozostawiają wątpliwości. Laureatka dwóch Oscarów, serwuje nam właśnie kolejną popisową kreację w serialu „Mrs. America” i jest już pewną kandydatką do przyszłorocznych Globów.

Jako Phyllis Schlafly - najsłynniejsza antyfeministka Ameryki sprawia, że nawet zagorzali liberałowie skłonni są polubić jej postać. Niebawem Cate Blanchett pojawi się w jeszcze innej roli - jako szefowa jury festiwalu filmowego w Wenecji.

Po tym jak w „I'm Not There” Toda Haynesa wcieliła się w Boba Dylana,  Meryl Streep oceniła : ”To najlepsza aktorka na świecie. Niewiarygodne, co pokazała w roli legendarnego muzyka, mało że mężczyzny, to w dodatku niezwykle charakterystycznego”. Bo Blanchett w peruce niczym stóg siana, czarnych okularach i marynarce, nie tyle zagrała piosenkarza, co stała się nim na potrzeby filmu. Zgarbiona, powłócząca nogami, poruszała się jak on, tym samym gestem gryzła opuszki palców i nawet mówiła jego głosem.

W filmowym portrecie Dylana, gdzie sześcioro aktorów wciela się w różne aspekty jego osobowości, Blanchett (nagrodzona za rolę na festiwalu w Wenecji i nominowana do Oscara)  zagrała muzyka, gdy porzuca gitarę akustyczną dla elektrycznej i na przekór fanom zmienia się w rockmana. Odsunęła na dalszy plan tak wytrawnych aktorów jak Heath Ledger czy Christian Bale.

 Ale nie należy się temu dziwić, bo przecież robi to zawsze.  Gdy w „Aviatorze” Martina Scorsese - będącej aktorskim popisem DiCaprio opowieści o Howardzie Hughesie, pojawiła się na drugim planie jako Katharine Hepburn, momentalnie zawłaszczyła ekran. Choć w filmie roi się od legend starego Hollywood granych przez Jude’a Lawa, Alana Aldę czy Aleca Baldwina, oprócz głównego bohatera zapamiętujemy przede wszystkim ją.

Był rok 2005 gdy pierwszy, od dawna zasłużony Oscar powędrował za tę rolę do jej rąk. Drugiego odebrała dziewięć lat później za kreację w komediodramacie Woody’ego Allena „Blue Jasmine”.

ZOBACZ: Jan Komasa: "Pękamy na dwie Polski" [WYWIAD]

I nikomu chyba nie przejdzie nawet przez myśl, że na tych dwóch poprzestanie. „Mrs. America” przypomina nam, jak wszechstronną jest aktorką.

„Mrs. America” czyli Schlafly walczy z ERA

Serial HBO „Mrs. America” osnuty został wokół walki o wprowadzenie ERA (Equal Rights Amendment) - czyli poprawki do amerykańskiej konstytucji gwarantującej kobietom równe prawa. Pokazuje kulisy wojny kulturowej, która rozegrała się w latach 70. i na zawsze zmieniła krajobraz polityczny w Stanach Zjednoczonych.

Cate Blanchett jako Phylllis Schlafymateriały prasowe
Cate Blanchett jako Phylllis Schlafy

 

Gdy w 1972 roku Kongres USA przyjął poprawkę ERA, wydawało się, że jej ratyfikacja będzie formalnością. Zatwierdziło ją 30  stanów, a do wejścia w życie brakowało tylko decyzji ośmiu. Wtedy pojawiła się Phyllis Schlafly, (Cate Blanchett), republikanka z St. Louis, matka sześciorga dzieci, która uważała, że poprawka odbierze kobietom prawo do alimentów i opieki nad nimi w przypadku rozwodu. Gorąco protestowała też przeciwko prawu do aborcji i straszyła, że w dobie trwającej wojny w Wietnamie, kobiety zostaną objęte obowiązkiem służby wojskowej.

Schlafly, kobieta niezwykle inteligentna, atrakcyjna i wykształcona, (magister sztuki), żona bogatego prawnika, zmobilizowała podobnie myślące konserwatywne Amerykanki, które zaczęły wspierać założony przez nią ruch "Stop ERA".

ZOBACZ: Czekam na dowody. Zaremba o filmie Latkowskiego

W serialu walka o poprawkę pokazana została z perspektywy kobiet tamtej epoki - zarówno Schlafly, jak i feministek: m.in. Glorii Steinem (Rose Byrne), Betty Friedan (Tracey Ullman), czy Belli Abzug (Margo Martindale). Bohaterką pierwszoplanową pozostaje jednak Schlafly, a Blanchett udało się znakomicie pokazać jej fenomen. Wyposażyła ją w charyzmę, wdzięk i dar przekonywania, jakim faktycznie była obdarzona. Nawet gdy kompletnie się z nią nie zgadzamy, Blanchett sprawia, że czujemy sympatię do bohaterki.

 Phyllis – konserwatywna do bólu, była też zagorzałą przeciwniczką związków jednopłciowych. Nie zmienił tego nawet fakt, że jeden z jej synów okazał się gejem. W domu nie rozmawiano o jego orientacji. Sama Schlafly twierdziła, że nie ma nic przeciwko gejom, dopóki… nie domagają się przywilejów.

Swoje płomienne przemówienia na spotkaniach  „Eagle Forum” – organizacji prorodzinnej, którą założyła, zaczynała zawsze od podziękowań dla męża, za to, że "pozwolił jej na nie przyjść". Wszystko to oglądamy w serialu, który z wyczuciem prezentuje racje obu stron - zarówno zwolenniczek jak i przeciwniczek ERA.

ZOBACZ: Artur Rojek: jakbyśmy byli na wojnie [WYWIAD]

Fenomenem pozostaje to, że Schlafly głosząc, iż miejsce kobiety jest przy mężu i dzieciach, jeździła po całej Ameryce, agitując przeciw poprawce. Ponadto, czując, że przyda jej się fachowa wiedza, w 1978 roku, w wieku 54 lat, zdobyła dyplom doktora nauk prawnych. Trudno o drugą matkę 6 dzieci, która tego dokonała, mimo iż większość już wtedy była dorosła.

Tę dwoistość bohaterki świetnie pokazała Blanchett. Dzięki niej nie mamy do czynienia z postacią jednowymiarową, lecz z fascynującą kobietą. Rola uczyniła z Blanchett pewną kandydatkę do Złotych Globów 2021.

Dziewczyna z Melbourne

Nie wiedzieć skąd wzięło się mniemanie, że Cate Blanchett to Brytyjka. Tymczasem urodziła się w 1969 roku na przedmieściach Melbourne. Matka-Australijka pracowała jako sprzedawca nieruchomości, ojciec - Amerykanin, był naczelnym oficerem marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych.

Gdy miała 10 lat zmarł na zawał serca, pozostawiając matkę z trojgiem dzieci, (Cate ma brata i siostrę). Jako kilkunastoletnia uczennica szkoły średniej -atrakcyjna, wysoka i bardzo szczupła, zaczęła zarabiać jako modelka. Postanowiła studiować ekonomię. Podczas studiów wyjechała jednak na wakacje do Egiptu. Tam dostała propozycję zagrania epizodu w egipskim filmie bokserskim. Potrzebowała pieniędzy. Zgodziła się i…połknęła bakcyla. Po powrocie do Australii przeprowadziła się do Sydney i zapisała do National Institute of Dramatic Art.

Cate Blanchett, obok Russella Crowe’a, Nicole Kidman i Mela Gibsona należą do grona australijskich aktorów, którzy podbili Hollywoodmateriały prasowe
Cate Blanchett, obok Russella Crowe’a, Nicole Kidman i Mela Gibsona należą do grona australijskich aktorów, którzy podbili Hollywood

 

Okres, w którym żegnała się z „nastoletniością” a witała fazę „dorosłości” wspomina jako mroczny. Nosiła wtedy czarne męskie marynarki,  przeszła przez fazę subkultur - gotyckiej i punkowej, w pewnym momencie nawet goląc głowę.  Mówi, że zaczęło się od niepokojącej, psychodelicznej muzyki której słuchała. Za tym poszła ideologia  - zerwanie z tradycją, autorytetami. Wyleczył ją z tego przyjaciel – dramaturg. Przeszła na „jasną stronę mocy”, choć gdzieś głęboko pokłady mroku w niej drzemią. Zatrzaśnięte na siedem spustów. Tylko w pracy (teatr, plan filmowy) zdarza się jej do nich sięgać.

Po studiach zaczęła karierę na australijskich scenach, stając się cenioną, nagradzaną aktorką teatralną. Grała też małe role filmowe. Przełomem był rok 1997, w którym pojawiła się w wojennym dramacie "Paradise Road" Bruce’a Beresforda u boku sławnych Amerykanek - Glenn Close i Frances McDormand. To wystarczyło, by hinduski reżyser Shekhar Kapur dostrzegł jej potencjał i obsadził w roli młodej królowej Elżbiety I - córki Henryka VIII i Anny Boleyn , jego drugiej żony, straconej dwa lata po urodzeniu córki.

Tak zaczęła się jedna z największych kobiecych karier współczesnego kina. Rola Elżbiety I stała się dla Blanchett przepustką do grona najwybitniejszych współczesnych aktorek.

Od młodej Elżbiety po dojrzałą władczynię

Film o młodości największej władczyni Wielkiej Brytanii, królowej Złotego Wieku, okazał się obrazem mało elżbietańskim, za to zmienił się we współczesny wywód o mechanizmach dochodzenia do władzy, wpisany w formułę kostiumowego thrillera. Widz, któremu realia XVI wieku są najczęściej obce otrzymał kawał kina, w którym namiętność mieszała się ze zbrodnią, a kino sensacyjny pojawiało się w historycznym kostiumie.

Opowieść o tym, jak samotna dziewczyna wśród intryg i spisków mogła zostać najpotężniejszą monarchinią ówczesnego świata, zrobiła furorę. Drzwi do Hollywood stanęły przed nią otworem. Blanchett zdobyła Złoty Glob i nagrodę BAFTA, a także nominację do Oscara dla najlepszej aktorki. Wydawała się pewną kandydatką do statuetki, gdy o ironio, pokonała ją Gwyneth Paltrow średnią rolą w „Zakochanym Szekspirze”, (po słynnym, „pijarowym” przekręcie Harveya Weinsteine’a.

Dla niej nie to jednak było najważniejsze, bo właśnie się zakochała i wyszła za mąż za scenarzystę Andrewa Uptona, z którym jest do dzisiaj. Para doczekała się trzech synów, a kilka lat temu adoptowała też dziewczynkę.

Osiem lat później Kapur zdecydował się na kontynuację opowieści o losach królowej. Powstał film „Elizabeth. Złoty Wiek”, któremu jednak daleko  do świeżości tamtego obrazu. Reżyser zajął się mrocznym okresem historycznym, jakim dla Anglii był czas konfliktu z Hiszpanią i królem Filipem II. Teraz spotykamy dojrzalszą, pewniejszą siebie królową. W obliczu mnożących się spisków i prób zamachu na jej życie, musi zmierzyć się z oskarżeniami o swoje nieprawowite pochodzenie. Kapur pokazuje jak staje się niemalże władcą absolutnym. Triumfalne zwycięstwo nad hiszpańską armadą, gwarantuje jednak Anglii pokój i bezpieczne wejście w nadchodzący Złoty Wiek.

W tym nazbyt jednowymiarowym filmie, nie zawiodły tylko dwa elementy – kostiumy i Blanchett w roli królowej, po raz kolejny za tę samą rolę nominowana do Oscara, co jest ewenementem w historii tej nagrody.

Rolę Blanchett w obu tych filmach, porównywano z pamiętną kreacją wielkiej Bette Davis w obrazie z 1955 roku „Królowa dziewica”. - To dla mnie większy komplement, niż gdybym odebrała Oscara - oceniła aktorka.

Te miały pojawić się niebawem. Warto wspomnieć, że był to rok 2007, a Blanchett otrzymała dwie nominacje do Oscara, za 2 różne role - prócz tej za Elżbietę I, nominowano ją za wspomnianą interpretację postaci Boba Dylana.

Mistrzyni metamorfozy

Na początku XXI wieku Cate dołączyła, obok Russella Crowe’a, Nicole Kidman i Mela Gibsona do grona australijskich aktorów, którzy zawojowali Hollywood. Niewielu jednak może poszczycić się dorobkiem, w którym brak złych filmów i słabych kreacji.

Przypieczętowaniem jej gwiazdorskiej pozycji była rola królowej elfów Galadrieli w adaptacji tolkienowskiej trylogii. Cate twierdzi, że głównym powodem, dla którego przyjęła tę rolę, były… elfie, spiczaste uszy, które nosiła na planie. Ma je wciąż. Gdy nic nie działa, wtedy po nie sięga.

Chronologiczne wymienianie jej ról, z których większość znamy, nie ma sensu. Odebrała za nie w sumie 7 nominacji do Oscara, z których -jak wiemy - 2 zmieniły się w statuetki. Ona sama najbardziej ceni sobie dwie. W 2006 roku zagrała w niezapomnianych „Notatkach ze skandalu” Richarda Eyre’a, gdzie partnerowała Judi Dench.  Historia 40-letniej nauczycielki, która wikła się w romans z 15-letnim uczniem, a sekret powierza dużo starszej koleżance z pracy, zapada w nas równie głęboko, co w samej Cate. Obie aktorki stworzyły tu mistrzowskie, oscarowe kreacje, (statuetkę nareszcie odebrała Dench). Cała afera seksualna jest tylko pretekstem do opisu ich wzajemnej relacji, a sam film porażającym studium samotności.

Drugi z tytułów to wyróżniona Nagrodą Specjalną w Cannes i całym workiem nominacji do Oscarów, Globów, etc. „Carol” Todda Haynesa, opowiadająca o miłosnym zauroczeniu dojrzałej, bogatej mężatki (Blanchett) i młodej, zahukanej pracownicy sklepu (Rooney Mara). Chyba w żadnym filmie, o ironio, Cate nie była tak wyrafinowaną femme fatale, jak właśnie w tym lesbijskim melodramacie. Dodajmy, ze rzecz dzieje się w latach 50. - homoseksualizm jest karalny, a sprzeciwianie się mu stanowi fundament amerykańskiej kultury. Emocjonalna intensywność filmu rozsadza ekran, kreacje Cate i Rooney - to już wspinaczka na aktorskie szczyty.

Cate Blanchett na Berlińskim Festiwalu FilmowymFlickr/Siebbi
Cate Blanchett na Berlińskim Festiwalu Filmowym

 

 Ale aktorskie szczyty to również rola Blanchett w „Blue Jasmine” Allena, czy w eksperymentalnym „Manifesto”. Ten ostatni debiutował jako instalacja artystyczna, w wersji kinowej zaś aktorka wciela się w trzynaście postaci i wygłasza fragmenty słynnych manifestów. I o dziwo to działa! No ale do tego trzeba mieć na planie Cate Blanchett.

„Krzysztof Kieślowski powiedział, że robienie filmów jest rozmową z publicznością. Nawiązywanie kontaktu z ludźmi to emocjonujące przeżycie. Kiedy gram, czuję, że żyję. Gdybym mogła wybierać, chciałabym umrzeć w sali prób” - powiedziała w 2007 roku w wywiadzie dla „Newsweeka”.

Po latach dodała do tej wypowiedzi miejsce i czas akcji: ”Koniecznie w Australii”.

Komentarze