Wiedział, co będzie po śmierci
East News

Wiedział, co będzie po śmierci

Kiedy dowiedziałem się, że umarł Jerzy Pilch, poczułem, jakbym stracił kogoś bliskiego.

Powie ktoś - że to głupota: w końcu nigdy, acz przez pewien czas mieliśmy wspólnego wydawcę, osobiście go nie poznałem. Gapienie się na palącego gauloises i pijącego coca-colę autora Rozpaczy z powrotu utraty furmanki w Green Coffee (teraz się to miejsce inaczej nazywa) na Marszałkowskiej gdzieś w moich latach licealnych, koło 2008, 2009 roku - trudno jako poznanie klasyfikować. Ba, jednego razu zepsuł mi nawet plany na wieczór: gdy kilka lat temu poszedłem na randkę z pewną dziewczyną i po drugim drinku moja towarzyszka wypaliła, że coś ją kiedyś z Pilchem łączyło, pomyślałem: za wysokie progi dla ciebie, bracie, cokolwiek byś jej powiedział, tego nie przebijesz.

Luterskie wychowanie, piłka nożna, wóda….

Tak, to może być głupota: ale nigdy nie poznawszy Pilcha w sytuacji zawodowej czy prywatnej, nigdy nie zamieniwszy z nim słowa, mam wrażenie, że go świetnie znałem - co więcej: że zdążyłem w tej znajomości przejść od zachwytu poznanym, przez zniechęcenie, aż do upewnionego i zdecydowanego szacunku. Sądzę, że tak ma każdy z jego czytelników, a przynajmniej - każdy z jego czytelników z pokolenia dobiegającego trzydziestki, bo dorastaliśmy w czasach, gdy imię i nazwisko „Jerzy Pilch” było synonimem słów: „współczesna literatura polska”. By tak mogło się zdarzyć, Pilch musiał z pisarza stać się figurą pisarza, zgodnie ze starym wskazaniem Micka Jaggera: it’s the singer, not the song.

ZOBACZ: Długie oczekiwanie na szybkie testy

A oprócz tego, że singer - to cały sztafaż go otaczający, cały jego kostium, by tak rzec: rynsztunek. W wypadku Pilcha tym rynsztunkiem i kostiumem były i rzeczy materialne - dżinsy levis’a (w Mieście utrapienia dał upodobanie do nich ojcu głównego bohatera, podśmiewając się, ze to niezbyt elitarna predylekcja); pióra Montblanca i Pelikana; mieszkanie na ulicy Hożej w Warszawie; czarne albo białe koszule; w ostatnich latach kapelusze - i niematerialne, ogniskujące się w przenikającej do popularnej wyobraźni plotce tworzące naokoło Pilcha to, co Walter Benjamin kiedyś nazwał aurą. Więc: luterskie wychowanie. Więc: wóda. Więc: piłka nożna, nie trzeba pisać wprost, która drużyna, napisać to wprost oznaczałoby traktować czytelnika jak frajera. Więc: powodzenie u kobiet i zachwyt nimi (nie pamiętam już, gdzie zauważył, że w pierwszy letni dzień na ulicy Chmielnej, przy uderzeniu tropikalnych temperatur, zaczyna się masakra małolat, ale to prawda). Więc: wadzenie się z Panem Bogiem (Justyna Sobolewska powiedziała raz, że Pilch najchętniej by pisał komentarze do Pisma Świętego). Więc: Kraków, Wisła, „Tygodnik Powszechny”, „Polityka”. Więc: rekordowe zaliczki, przynajmniej od momentu przejścia z Wydawnictwa Literackiego do Świata Książki na początku tego tysiąclecia. Więc: erudycja, jeśli chodzi o malarstwo (zwłaszcza Bosch, Dürer) i literaturę - tu panteon pisarzy, z których Pilch jest, byłby dłuższy niż malarzy. Znalazłby się w nim pewnie Tołstoj, Saul Bellow, Kornel Filipowicz, Gombrowicz, Miłosz, obaj Jerofiejewowie; Nabokov, Hrabal, zapewne Milan Kundera, Kołakowski, Kafka, Stryjkowski; Mann, Stefan Zweig, Bruno Schulz.

Figurę pisarza tworzył z rozmysłem

Z wydanej parę lat temu biografii autorstwa Katarzyny Kubisiowskiej (wzbudziła skandal taki, jaki może wzbudzić biografia żyjącego jeszcze pisarza, czyli - ograniczający się do bańki kulturalnej) dowiedziałem się, że był też Pilch erudytą, jeśli chodzi o filmy - i zadałem sobie pytanie, czemu nie miałem o tym pojęcia wcześniej.

Jerzy Pilch nie żyjeEast News
Jerzy Pilch nie żyje

 

Więc - czemu? To proste. Pilch nie chciał się tym chwalić. Swoją figurę pisarza tworzył z rozmysłem i pieczołowicie, każdym bohaterem, który był jego porte parole i każdą wzmianką w felietonach o tym, co mu się przydarzyło, co pisał i czytał, gdzie był, gdzie jadał, z kim rozmawiał, czego słuchał (jest takie piękne zdanie w jego powieści Marsz Polonia, że skoro Warszawę ogarnęły upały, to z głośników poleciał Bach: „[…] jest w nim pewna śnieżność”). Dawał się poznać swoim czytelnikom o tyle, o ile sam ustalał granicę tego, gdzie się to poznanie skończy. Nie był to zabieg marketingowy w rodzaju tych, które dzisiaj wydawcy proponują pisarzom, tłumacząc im, że koniecznie muszą być „jacyś”, ale, jak podejrzewam (bo tylko podejrzewać mogę, na nic więcej nie mam odwagi ani ochoty) strategia literacka, która całe życie przemieniała nie tyle w literaturę, ile: w pracę nad literaturą. Innymi słowy: w bycie pisarzem, które nie zaczyna się o ósmej i nie kończy o szesnastej, ale trwa cały czas, i właśnie temu byciu, nawet nie jego efektom, wszystko jest podporządkowane. (Co traktuję jako odpowiedź na wątpliwości z otwierającego jego debiutanckie „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” opowiadania „Kraków”, w którym narrator twierdzi, że w roku 1980 bardzo chciał być pisarzem, ale nie wiedział, jakim; gdy je w 1988 r. opublikował, Pilch już wiedział).

Twierdził, że sam ze sobą ma niewiele wspólnego

Takiego Pilcha-figurę Pilcha, figurę polskiej literatury poznałem koło roku 2005, może 2006; miałem trzynaście albo czternaście lat i powoli zdawałem sobie sprawę, co chcę robić w życiu. Startowała wtedy gazeta „Dziennik”, szczycącą się obfitym dodatkiem kulturalnym. Reklamując tenże dodatek, Pilch wystąpił w telewizji. Leciał Kafką, twierdził, że sam ze sobą ma niewiele wspólnego, wnosił o czytanie gazety i swoich felietonów w niej (zresztą, nie musiał wnosić, to były złote czasy prasy papierowej; swoją drogą, Krzysztof Varga zadał ostatnio, w tekście o Pilcha ostatnich „60 felietonach najjadowitszych” sensowne pytanie: jak potoczyłaby się prasowa jego kariera, gdyby musiał pisać w internecie i być wystawionym na pastwę komentatorów). Następnego dnia zacząłem „Dziennik” kupować i jego teksty chłonąć, chyba co piątek (rozumiałem niewiele, ale to inna sprawa). Potem, na jakiejś imprezie znajomych moich rodziców, gdzie znalazł się ktoś, kto pracował w „Dzienniku”, dowiedziałem się, ile Pilch bierze za jeden tekst. Pomyślałem: ja też tyle będę, ja też taki będę. Byłem już kupiony figurą Pilcha bezapelacyjnie i na zabój.

ZOBACZ: Arystokratka ekranu: uwodzi, drażni i nie chce poprawki do amerykańskiej konstytucji

W prozie zacząłem od Mojego pierwszego samobójstwa, z którego najbardziej zapadła mi w pamięć „Najpiękniejsza Kobieta Świata”; wciąż gówniarz, nie byłem jeszcze nigdy udławiony z miłości, ale zgadzałem się z otwarciem tego opowiadania („Jak przychodzi wielka miłość, to człowiekowi zawsze się zdaje, że pokochał najpiękniejszą kobietę świata. Ale jak człowiek faktycznie pokochał Najpiękniejszą Kobietę Świata - może mieć kłopoty”), potem klasyki lat 90. i dwutysięcznych, z których najbardziej ukochałem tę ironiczną pochwałę rozpasanego nad Wisłą kapitalizmu, jaką jest Miasto utrapienia - rzecz, co mnie wciąż zaskakuje, nigdy przez Pilcha niewznawianą.

Do rynsztunku dołożył chorobę

A potem, kupiony Pilchem bezapelacyjnie, zacząłem apelację wnosić. Irytował mnie, widziałem w jego pisaniu wszystkie wady polskiej literatury po 1989 r.: afabularność, ironia i groteska wpisana w rzemiosło - że co, realistycznie nie można? trzeba wszystkiemu gębę dorabiać, trzeba pisać literaturę, która żywi się inną literaturą, a nie prawdziwym życiem, czymkolwiek by to ostatnie nie było? Wiele demonów zdawało mi się dobre, owszem, ale krótkie powieści-nie-powieści wydawane w ostatnich latach, w których Pilch do swojego rynsztunku dołożył chorobę - w dziwny sposób mnie żenowały, wzbudzały niechęć.

Nie wiem, kiedy nastąpił przełom i w relacji z Pilchem-figurą Pilcha-Pilchem jako literaturą polską (której synonimem już nie był, przyszły synonimy nowe) nabrałem do autora Pod Mocnym Aniołem upewnionego szacunku. Wydaje mi się, że było to równo rok temu, kiedy w środku pracy nad powieścią traktującą - między innymi - o piłce nożnej pojechałem na urlop i leżąc na plaży w Afryce otworzyłem przysłany mi przez jego wydawcę PDF Trzeciego dziennika. Chciałem go przeczytać, bo w końcu dla każdego czytelnika polskiej prozy pisanie o kopaniu piłki natychmiast nasuwa skojarzenia z Pilchem.

Podziw dla majstra

Czy byłem kupiony tak bezapelacyjnie, jak kiedyś? Nie, bo nie byłem zafascynowany: byłem pełen podziwu, takiego jednak, który jest podziwem dla majstra. Nie potrafiłem czytać Pilcha po prostu chłonąc go, chciałem zobaczyć, jak zrobione są jego zdania, akapity. Mój podziw wzrósł, kiedy zrozumiałem, że bez szkła powiększającego ani rusz - w tej eseistycznej prozie, bo tak bym nazwał pisarstwo Pilcha, nie było szwów.

ZOBACZ: Jan Komasa: "Pękamy na dwie Polski" [WYWIAD]

Potem wróciłem do Warszawy i wyciągnąłem z półki Wiele demonów. Uważam je za najświetniejszą powieść Pilcha - bo taką, która najmniej traktuje o nim, i w której pokazuje, że potrafi stworzyć powieściowy świat, który nie jest z niego. Otworzyłem je też dzisiaj wieczorem, dla dwóch zdań. Pierwsze otwiera tę powieść, drugie ją kończy. Pierwsze jest o tym, co wie teraz Pilch, a drugie - o jego czytelnikach, wobec których, co mnie samego dziwi, mam ochotę użyć zaimka „my”, zaimka, którego używam nieczęsto.

„W połowie minionego wieku na siglańskiej poczcie pracował listonosz Fryderyk Moitschek, który znał sekret ludzkiego życia, wiedział, ku czemu zmierzamy i co będzie po śmierci”.

A my?

„Będziemy żyć dalej, ponieważ żyć trzeba”.

Komentarze

Wojciech Engelking
ur. 1992, pisarz, publicysta stale publikujący w Newsweeku i Kulturze Liberalnej. Wiosną przyszłego roku, nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jego powieść „Serce pełne skorpionów”