To może być krwawa niedziela
EPA/TATYANA ZENKOVICH

To może być krwawa niedziela

Czy po latach spokoju Białoruś się obudziła? Wszystko, co dzieje się wokół rozpisanych na 9 sierpnia wyborów prezydenckich wskazuje, że tak. I co najważniejsze, owo przebudzenie nie dotyczy jedynie wąskiej grupy opozycjonistów w Mińsku czy Grodnie, bo zmieniło się społeczeństwo - także ci ludzie, którzy żyją w mniejszych miejscowościach.

Białoruskie wybory od lat wydawały się utrwalonym i sztampowym przedstawieniem: są co prawda jacyś opozycyjni kandydaci, ale ludzie w większości posłusznie głosują na Alaksandra Łukaszenkę, który w ostatnich kilkunastu latach otrzymywał ponad 80 proc. głosów. Tym razem jest inaczej. Pojawiły się ogromne kolejki chcących złożyć podpisy pod kandydaturami konkurentów Łukaszenki, choć ci kandydaci nie są zbyt dobrze znani. W odpowiedzi wzmogła się aktywność milicji, która wyłapuje prawdziwych i domniemanych opozycjonistów. Aresztowani zostali dwaj kandydaci na prezydenta i liczni członkowie ich sztabów. Wreszcie pojawiły się bardzo ostre groźby wypowiadane przez urzędującego szefa państwa.

- Ludzie chcą zmian i zarazem bardzo się boją. Wyborcza niedziela 9 sierpnia może być krwawa - mówi nam mieszkający w Baranowiczach Uładzimir Hundar.

- Sytuacja jest straszna - przyznaje pani Irena z Lidy. Łukaszenka, według nieoficjalnych sondaży, ma poparcie na poziomie zaledwie 3 proc.

Dlatego też w najdziwniejszych miejscach pojawiają się napisy "3%".

W wyniku decyzji Centralnej Komisji Wyborczej dwaj główni oponenci Łukaszenki nie zostali zarejestrowani. Chodzi o byłego szefa należącego do rosyjskiego Gazpromu Biełhazprombanku Wiktara Babarykę (od niedawna za kratami) oraz byłego dyplomatę i specjalistę od wysokich technologii Walera Capkałę.

W efekcie rola najważniejszej kandydatki opozycyjnej przypadła żonie wideoblogera Siarhieja Cichanouskiego - Swiatłanie. On sam trafił wcześniej do więzienia i kandydować nie może.

Troje pozostałych zarejestrowanych kandydatów opozycyjnych nie liczy się w ogóle: Siarhiej Czerczeń - lider socjaldemokratycznej Hramady, Andrei Dzmitrieu - szef ruchu "Mów Prawdę" i Anna Kanapacka - była deputowana. Ale z punktu widzenia władz ich rejestracja dowodzi, że na Białorusi jest demokracja.

Lida i Baranowicze

Baranowicze znajdują się w obwodzie brzeskim, leżą na trasie z Brześcia do Mińska. W okresie międzywojennym należały do Polski. Obecnie liczą niecałe 180 tys. mieszkańców; Białorusini są w zdecydowanej większości, Polaków jest 5-10 proc. Niewiele tu zabytków: zbudowany w 1924 r. kościół w stylu zakopiańskim, wzniesione przed wojną budynki rozgłośni Polskiego Radia, Banku Polskiego i Poczty Polskiej. Dziś jest to miasto przemysłowe.

ZOBACZ: "Najpierw spróbują mnie zabić, a potem nadejdzie twoja kolej". Mafia nie wybacza

Z kolei licząca 103 tys. mieszkańców Lida przed wojną także należała do Polski, a dziś położona jest w obwodzie grodzieńskim. Leży na szlaku z Grodna do Wilna; do granicy z Litwą jest tu zaledwie 35 km. Według oficjalnych danych to jedno z miast na Białorusi o największym odsetku Polaków - 40 proc., podczas gdy Białorusini stanowią 45 proc. mieszkańców. W Lidzie znajduje się częściowo zrekonstruowany zamek księcia Gedymina, kościół z 1770 r., przedwojenne budynki gimnazjum i Poczty Polskiej.

Niezależne media wspominały o obu miastach. "Intex-Press" donosił, że wśród około 800 członków komisji wyborczych w Baranowiczach nie ma ani jednego przedstawiciela opozycji. Władze nie dopuściły ani przedstawicieli opozycyjnych partii, ani członków inicjatywy obywatelskiej "Uczciwi Ludzie", zorganizowanej przez sztab Wiktara Babaryki. Ale za to sukcesem zakończyła się zakrojona na dużą skalę zbiórka podpisów pod kandydaturą Babaryki. Akcja przebiegła spokojnie, a zresztą w Baranowiczach raczej panuje spokój.

ZOBACZ: "Gdziekolwiek, cokolwiek, byle przeżyć". Historia Józefa Franczaka, ostatniego polskiego partyzanta

Inaczej działo się w Lidzie. Portal "Nastojaszczeje Wriemia" opisywał felczera Pawła Palejczika i jego kłopoty po spotkaniu z Cichanauskim. Palejczik powiedział blogerowi - do kamery - że podczas pandemii koronawirusa jego kolegom medykom bardzo brakowało środków ochrony. - Był problem, podejrzenie koronawirusa. Wysłali zespół w rękawiczkach i maskach, ale bez kombinezonów. Szef nakazał nam, byśmy nie wzbudzali paniki - opowiadał. Palejczik został najpierw skazany na siedem dni aresztu, a potem zwolniony z pracy.

Aresztowania po przedwyborczych protestach w MińskuEPA/TATYANA ZENKOVICH
Aresztowania po przedwyborczych protestach w Mińsku

 

Niezależny portal Karta 97 opisywał pikietę, którą w Lidzie - podobnie jak w innych miastach - zorganizowano dla poparcia więźniów politycznych, w tym Babaryki, a także m.in. lidera opozycyjnych socjaldemokratów Mikoły Statkiewicza i przywódcy opozycyjnych chadeków Pawła Siewiarynca. Na zdjęciu widać długi łańcuch ludzi rozstawionych co półtora metra - tak, by przy epidemii było bezpiecznie - stojący wzdłuż lidzkich ulic.

Nieznani, apolityczni kandydaci

W Baranowiczach mieszka Uładzimir Hundar, działacz białoruskiej opozycji demokratycznej. Jak podkreśla, przed wyborami jako kandydaci na szefa państwa ujawniły się osoby, wydawałoby się - apolityczne, bez żadnego doświadczenia choćby w organizacjach społecznych.

- Pojawił się Cichanauski, który spowodował rzeczywiste przebudzenie się ludzi. Wcześniej zajmował się swoim wideoblogiem. Tworzył filmy wideo pokazujące prawdę o Białorusi - opowiada Hundar. - Przyjechał kiedyś do Baranowicz, ustawił kamerę i wręczał mikrofon każdemu, kto chciał coś o sobie i swoich problemach powiedzieć. I tak się potem stało, że ludzie dostrzegli w nim nowego prezydenta, który zmieni rzeczywistość. Nikt nie pytał, skąd on się wziął, jakie ma poglądy - dodaje.

Jak podkreśla, wybory w 2020 r. przypominają mu te z 1994 r., kiedy to ludzie głosowali na "kandydata znikąd", czyli Alaksandra Łukaszenkę.

- Robili to sercem, nie rozumem. Zobaczyli w nim swojego człowieka, mówiącego i myślącego tak jak oni. I mieli na celu jedno: by prezydentem nie został Wiaczesłau Kiebicz (ówczesny premier i zwolennik integracji z Rosją - przyp. aut.). Teraz takim "swoim człowiekiem" jest dla ludzi Cichanauski, bo większość ma już dosyć Łukaszenki. Dał im tyle, ile mógł, a teraz tylko odbiera - mówi Hundar.

Skoro tak, to dlaczego według niezależnych (i zarazem nielegalnych) sondaży największe poparcie ma Babaryka?

- Mechanizm jest prosty: on jest bankierem, ma pieniądze, więc ludzie sądzą, że gdy wygra, to oni też będą mieli pieniądze - twierdzi Hundar.

Pani Irena, Polka z Lidy, widzi to nieco inaczej.

- Na Białorusi są trzy grupy ludzi. Pierwsza to ci związani z władzą. Dla nich obecna sytuacja jest dobra, nie pragną żadnych zmian - mówi. - Druga grupa, a jest ona spora, to ludzie biedni. Im jest zupełnie obojętne, kto będzie rządzić, bo uważają, że i tak ich sytuacja się nie poprawi. Jeśli już pójdą głosować, to raczej poprą Łukaszenkę. I grupa trzecia, lepiej wykształconych, bardziej inteligentnych, a zwłaszcza młodych. Oni bardzo chcą zmian. Liczą na to, że może być lepiej dla nich i ich rodzin - dodaje.

Białoruska młodzież w kolejce do złożenia zażalenia na brak rejestracji kandydatów opozycjiEPA/TATYANA ZENKOVICH
Białoruska młodzież w kolejce do złożenia zażalenia na brak rejestracji kandydatów opozycji

 

Oboje widzą ogromną aktywność społeczną.

- Ludzie stali w kolejkach, by podpisać się pod zgłoszeniem któregokolwiek przeciwnika Łukaszenki. Ustawiali się w "łańcuchy solidarności" w proteście przeciw ich represjonowaniu - relacjonuje Uładzimir Hundar.

ZOBACZ: Urażanie. Engelking o nowej broni naszych czasów

A pani Irena opowiada, że w Lidzie przez jeden dzień były ogromne kolejki do złożenia podpisu pod kandydaturą żony Cichanouskiego.

- Te tłumy podpisywałyby się dalej, ale zaczęła działać milicja i wszyscy się przestraszyli, że trafią do aresztu, że zostaną ukarani - mówi.- Potem mimo tego strachu zorganizowany został "łańcuch solidarności" z uwięzionymi.

Groza narasta

Uładzimir Hundar uważa, że trzej główni oponenci Łukaszenki to ludzie Moskwy.

- Cichanouski miał za zadanie zmobilizować społeczeństwo. Ale wygrać ma Babaryka. Capkała miał natomiast być swoistym "rezerwowym" - dowodzi. Ale pani Irena macha ręką. - Myślę, że ostatnie lata na Białorusi spowodowały, iż niemal każdy, kto chce cokolwiek robić w polityce, ma jakieś związki z Moskwą - kiwa głową.

Rosja na pewno miesza w białoruskiej polityce. Pan Hundar chce niepodległej Białorusi, nawet jeśli dla niego będzie to oznaczało konieczność wsparcia Łukaszenki. A pani Irena żartuje, że ma wrażenie, iż Polacy w Lidzie więcej robią dla białoruskiej niepodległości niż sami Białorusini. Oboje przyznają jednak: dla przeciętnego mieszkańca Baranowicz i Lidy niepodległość jest bardzo ważna - ale równie istotna jest zmiana. Teraz to chyba nawet jakakolwiek zmiana. Byle było inaczej. Byle pojawiła się nadzieja.

Tymczasem narasta nastrój grozy.

- Mamy do czynienia z sytuacją najbardziej niebezpieczną podczas całego okresu urzędowania Łukaszenki. Wyborcza niedziela może być krwawa - podkreśla Uładzimir Hundar. - Ludzie szykują się na różne możliwości.

- Także te najgorsze - przyznaje pani Irena. Dziesięć lat temu ogromna opozycyjna demonstracja w Mińsku została brutalnie rozpędzona przez milicję, a opozycyjni kandydaci wsadzeni do więzień. Teraz opozycyjni kandydaci już siedzą w aresztach, a niezależni politolodzy przewidują, że 9 sierpnia na ulicach białoruskich miast pojawią się żołnierze i czołgi. Bo Łukaszenka już zapowiedział, że "Białorusi nie odda".

Do chwili oddania niniejszego artykułu do redakcji "Tygodnika Polsat News" milicja zatrzymała już około tysiąca osób, w tym ludzi stojących w kolejce, by w Centralnej Komisji Wyborczej złożyć protest w związku z niezarejestrowaniem Babaryki. Wielu z nich osądzono na tydzień lub dwa aresztu lub na karę grzywny.

Komentarze

Piotr Kościński
Autor jest wykładowcą na AFiB Vistula i dziennikarzem tygodnika „Idziemy”