Czekam na dowody. Zaremba o filmie Latkowskiego
Pixabay/Free-Photos

Czekam na dowody. Zaremba o filmie Latkowskiego

Film Sylwestra Latkowskiego "Nic się nie stało" budzi skrajne emocje. Jedni uważają go za kompletny humbug, jeśli nie narzędzie propagandy obozu rządzącego. Inni za objawienie i dowód na kompletną demoralizację naszych elit.

Szczególnie szkodzi mu wrażenie, że jest odpowiedzią na film braci Tomasza i Marka Sekielskich "Zabawa w chowanego" dotyczącego przypadków pedofilii.

Celebrytami w księży

Wielu Polaków o konserwatywnych poglądach (wystarczy zerknąć do mediów społecznościowych), odbiera go najprościej:  "Wy nam  księży, my wam celebrytów". Sam Latkowski zajmuje się tym tematem od lat, trudno mu więc zarzucać tematyczny koniunkturalizm. Pierwszy telewizyjny film o tej tematyce "Pedofile" nakręcił w roku 2005.

Ale też pozwolił aby tamten film TVP Jacka Kurskiego powtórzyła w roku 2019, kiedy Sekielscy po raz pierwszy zajęli się tematyką seksualnych patologii w Kościele. Teraz mamy podobną koincydencję. Choć sam Latkowski nawet zdawkowo braci podczas debaty po filmie komplementował. Za to inni komentatorzy tłumaczyli nam, że w polskim Kościele katolickim zdarzają się tylko pojedyncze przypadki molestowania dzieci. Tu zaś dokumentuje się cały przemysł - dziecięcej (czy może młodzieżowej) prostytucji. Tak zresztą jak w "Pedofilach", tyle że tam rzecz dotyczyła Dworca Centralnego w Warszawie. Tu upiornych praktyk wokół klubu "Zatoka sztuki" w Sopocie.

ZOBACZ: Prymas po filmie Sekielskich zawiadamia Watykan

"Nic się nie stało" traktuje się jako odpowiedź na film braci Sekielskich. Tymczasem przecież takie przeciwstawienie dwóch filmów niewielki ma sens. To prawda, Sekielscy w "Zabawie w chowanego" pokazali historię dwóch księży i kilku ich ofiar. Ale tematem i główną tezą jest nie masowość seksualnych ekscesów w Kościele, a brak empatii w reakcji na nie ze strony hierarchów. Prawda, że komentarze samych rozżalonych młodych mężczyzn, którzy byli niegdyś molestowani oraz autorów filmu sugerują, że to raczej reguła niż wyjątek. Można jednak replikować, że ciężko wskazać przypadki, kiedy to kościelne struktury reagowały na takie historie szybko i skutecznie. 

Oczywiście nad filmem Sekielskich unosi się kontekst antyklerykalny. Co więcej, im także można wypominać termin emisji - po raz kolejny przed wyborami, w których rządzący katoliccy konserwatyści ścierają się z partiami bardziej zdystansowanymi wobec Kościoła lub wrogimi.

Trójmiejski układ?

Z kolei zwolennicy filmy Latkowskiego podkreślają jego wyjątkowość mającą być przejawem wielkiej odwagi. A przecież historię nieszczęsnej 14-letniej Anaid z Gdańska, która skrzywdzona przez brutalnego stręczyciela Krystiana W. ("Krystka") rzuciła się pod pociąg, ja akurat poznałem po raz pierwszy z mocnych tekstów "Gazety Wyborczej". O bezkarności Krystka opowiadał też Polsat.

Możliwe, że samo jej powtórzenie ma wartość, skoro opowiada o dramacie wciąż bez finału. Sprawa grzęźnie od roku 2015, a tak naprawdę działania przeciw stręczycielowi były blokowane i wcześniej. "Krystek" i uzależniony od seksu dawny właściciel Zatoki Sztuki Marcin Turczyński ("Turek") wciąż nie zostali skazani. Latkowski nie tylko przypomniał o serii zaniedbań prokuratorów i sędziów (jedną panią prokurator wymieniając z nazwiska), ale postawił po filmie mocną tezę o istnieniu "trójmiejskiego układu" łączącego sądy, prokuraturę i policję ze światem biznesu i mafii. Te tezy już się pojawiały mając pewne umocowanie w bezradności tamtejszego wymiaru sprawiedliwości wobec różnych patologii (z aferą Amber Gold na czele).

Tyle, że w niejasnym chwilami, nie opowiadającym historii po kolei filmie, Latkowski nie zadbał o spójność i konsekwencję. Policję przedstawił raczej jako sojusznika ludzi szukających sprawiedliwości. Za to w debacie komentatorów opowiadał o oficerach CBŚ stojących na bramkach w podobnych klubach, jak Zatoka Sztuki. Brzmiało to znajomo. Polskie realia często tak wyglądają. Szkoda, że nie zostało rozwinięte w samym filmie.

ZOBACZ: Prokuratura reaguje na film "Nic się nie stało

Latkowski chwalił Zbigniewa Ziobrę za interwencję popychającą śledztwo przeciw "Krystkowi", to skądinąd jeden z przykładów, kiedy hierarchiczne podporządkowanie prokuratury politykowi odegrało rolę pozytywną. Ale też zarzucał ministerstwu sprawiedliwości, że nie rozprawiła się z "trójmiejskim układem". Wolę załatwienia sprawy deklarował wiceminister Michał Wójcik. Miejscami robiło to wrażenie "pokazuchy". Nagle okazało się, że podczas projekcji filmu Ziobro zapowiedział powołanie specjalnego zespołu mającego ożywić sopockie śledztwo. Dlaczego jednak rząd przez rok nie skompletował komisji mającej się zajmować jak najszerzej tematem pedofilii? Nie padły nie tylko odpowiedzi, ale nawet pytania.

Zarazem sam film nie był do końca konstruowany według jednej politycznej tezy. Jako pozytywny bohater pojawia się w nim prezydent Sopotu Jacek Karnowski. Podkreślano jego wysiłki na rzecz zamknięcia Zatoki Sztuki. On sam komentuje zdarzenia właściwie przytakując Latkowskiemu. A jest przecież liberalnym politykiem samorządowym, przeciwnikiem obecnego rządu.

Oskarżenia bez dowodów

Opowieść Latkowskiego tym różniła się od wcześniejszych relacji na temat bezkarnego sutenera i gwałciciela "Krystka", że opisywała go jako jedynie figuranta, przykrywkę. Teza filmu jest taka, że obsługiwał on wpływowe osoby, gości z tak zwanej warszawki. Nikt jednak nie ma odwagi ich ujawnić, oni sami zaś są trzymani w szachu przez "Krystka", a być może i "Turka". Więc hamują śledztwo. Na poparcie tej tezy nie ma jednak dowodów. Żadna konkretna postać nie pojawia się w cytowanych zeznaniach kilku wykorzystywanych nastolatek.

Oczywiście zdarza się tak, że dziennikarz ma wiedzę większą niż ta "procesowa", o której może pisać, bo ma dowody. W końcu Al Capone nigdy nie został oficjalnie uznany za gangstera, a wszyscy wiedzieli, jaka jest rzeczywistość. Nowością jest wyraźne wskazanie przez Latkowskiego, jednak w komentarzu po filmie, na 81-letniego wybitnego reżysera Krzysztofa Zanussiego, jako człowieka korzystającego z młodocianych, męskich prostytutek. Tyle, że to oskarżenie łączy się z poprzednim filmem i dotyczy Warszawy. Wtedy Latkowski mówił o nim wyłącznie jako o "znanym reżyserze".

Niektóre pomniejsze zarzuty wobec celebrytów mają jakieś podstawy. Kiedy Latkowski skrytykował całą grupę artystów za organizowanie akcji obrony zagrożonego zamknięciem klubu Zatoka Sztuki, w zasadzie znalazł potwierdzenie u prezydenta Karnowskiego. Trudno jednak przesądzić, czy ci obrońcy klubu rozumieli, jaką rolę pełni to miejsce. Naprawdę odbywały się tam koncerty i wernisaże.

Najbardziej dyskusyjne jest wymienienie przez Latkowskiego kilku artystów z sugestią, że wiedzą na ten temat dużo więcej. Przede wszystkim aktora Borysa Szyca oraz prezentera TVN-u Kuby Wojewódzkiego. Ten ostatni pasował zresztą do jeszcze jednej opowieści o celebrycie korzystającym z usług bardzo młodych chłopców. Niestety wszystko to padło już po filmie. I możemy tylko wierzyć na słowo lub nie.

Dziennikarz, powtórzę, ma prawo do swojej wiedzy "operacyjnej". Ale też daje mu to potężną władzę niszczenia cudzych reputacji. Obaj zaatakowani zapowiedzieli pozwy sądowe (podobnie jak Zanussi). Szyc zareagował przejmującą, brzmiącą wiarygodnie opowieścią o tym, że wprawdzie bywał w tym miejscu i używał w nim życia, ale o pedofilskich praktykach nie wiedział, a tym bardziej nie uczestniczył we froncie obrony klubu. Dodajmy, że w pewnym momencie te dziewczęta były wywożone do oddzielnego domu w Pucku. A wyobrażenia konserwatywnych komentatorów, że wszyscy wszystko musieli widzieć, że biegały tam dzieci w szkolnych fartuszkach, jest jednak bardzo naiwne. Nie taka jest specyfika podobnych lokali.

ZOBACZ: Komisja ds. pedofilii. Premier powołał kolejnego członka

Równocześnie aktor ujawnił w odpowiedzi na atak swoją esemesową korespondencję z Latkowskim. Wynikało z niej, że reżyser długi czas nękał go posądzeniami i żądaniem "ujawnienia prawdy". Nie wynika jednak - z tych zresztą mocno nieskładnych wpisów Latkowskiego - jaką wiedzą autor dziennikarskiego śledztwa już dysponował. Warto tu dodać, że Borys Szyc był już wcześniej nękany przez telewizyjne "Wiadomości". Użyły one opowieści o jego alkoholizmie jako dygresji w relacjach ogólnikowo demaskujących celebrytów.

I tego właśnie się boję. Przemiany dziennikarskiego dochodzenia w gombrowiczowską wojnę na miny. Gdzie niejasne oskarżenia mają służyć wojnie z konkretnym środowiskiem. TVP ma powody polityczne, aby tak postępować. Jakie motywy ma Latkowski? I przede wszystkim, jakie ma dowody? Powinien je ujawnić jak najprędzej. Na razie mamy słowo przeciwko słowu.

Z tego wynikają moje idealnie ambiwalentne odczucia. Jeśli film popchnie do przodu sprawę "Krystka", a może i kogoś, kto stał za nim, sprawiedliwości - choć w ograniczonym stopniu - stanie się zadość. Narratorkami w filmie były matka i ciotka Anaid. Ich nieszczęście przemawia, rodzi poczucie bólu i solidarności. Miały one zresztą zasługi w nakłanianiu innych skrzywdzonych dziewcząt do mówienia.

Ale jeśli ataki na celebrytów zakończą się teatrem, więcej z tego wyniknie szkody niż pożytku. Cała historia elit osłaniających proceder może zostać sprowadzona do konfabulacji mającej na dokładkę polityczne tło. Bardzo się takiego finału boję. Nie odmawiam Latkowskiemu pasji, ale jego dwuznaczne metody budzą mój opór. 

Komentarze