Koniec świata jest codziennie. Chyba, że coś z tym zrobimy
PAP/EPA/CIRO FUSCO

Koniec świata jest codziennie. Chyba, że coś z tym zrobimy

Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, idolka wielu naszych liberalnych polityków na czele z Leszkiem Balcerowiczem, zasłynęła zdaniem: "Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo. Są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny". Epidemia koronowirusa uświadamia nam, że społeczeństwo istnieje i mimo podejmowanych od czterdziestu lat prób rozbicia ma się całkiem nieźle - pisze w Jan Śpiewak.

Widzimy, jak na naszych oczach stworzony po 1989 roku ład chwieje się i wchodzi w stan permanentnego kryzysu. Kryzys zdrowotny przejdzie zaraz w kryzys finansowy. Latem wraz z suszą przypomnimy sobie, że jest jeszcze kryzys klimatyczny. Jeśli katastrofa humanitarna w Syrii będzie dalej eskalować, do kryzysu zdrowotnego, finansowego, klimatycznego dojdzie jeszcze kryzys migracyjny. Prawdziwe kryzysowe bingo.

Świat Thatcher, Balcerowicza sprowadzał nas do funkcji baterii

Pierwsza reakcja krajów Zachodu była symptomatyczna: najpierw ratujmy rynki. Ludzie mogą poczekać. Przez trzy miesiące od wybuchu pandemii Zachód  biernie przypatrywał się na rozwój wydarzeń. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson początkowo zapowiedział, że nie wprowadzi większych środków ostrożności i przekonywał, że wszyscy „Brytyjczycy muszą się przygotować na stratę najbliższych”. Ta forma społecznego darwinizmu może szokować, ale przecież dobrze ją znamy z naszego podwórka. Przez lata słyszeliśmy mantrę o tym, że możemy liczyć tylko na siebie, bo tylko twardzi i bezwzględni odniosą sukces. Byliśmy przekonywani, że świat składa się z konkurentów, których musimy ubiec w walce o pracę, karierę, pieniądze, szczęście. Praca stała się nie środkiem do życia, ale celem życia. Znosiliśmy pracę za niskie stawki w koszmarnych warunkach. Nasz wybór był wyborem między folwarcznym kapitalizmem publicznych instytucji, a drapieżnym kapitalizmem korporacji. Świat stworzony przez Thatcher, Balcerowicza i ich pobratymców oddzierał nas z ludzkich odruchów. Sprowadzał nas jak w filmie Matrixie, do funkcji baterii, której jedynym celem jest dostarczenie energii systemowi. Nie byliśmy czyimś dziećmi, rodzicami, braćmi, z uczuciami i potrzebami. Byliśmy kapitałem ludzkim. System nagradzał zachowania egoistyczne i krótkowzroczne, karał za zachowania altruistyczne i dalekowzroczne. W tym świecie zniszczenie planety w imię zysków korporacji było jak najbardziej racjonalnym działaniem.

 

Słowo „solidarność”, które kiedyś dawało nadzieję i wiarę w lepsze jutro milinom ludzi, stało się pustym sloganem, wykorzystywanym do politycznych bójek między dawnymi przyjaciółmi. Współczucie było symbolem słabości. Wiara w zmianę na lepsze jutro marzycielstwem i lekkoduchostwem. Patrzyliśmy, jak to, co wspólne znika i jest prywatyzowane. Najpierw zniknęły ławki, bo bezdomni na nich leżą, potem zaczęły znikać skwery, bo przecież zaniedbane, dlatego lepiej postawić tam osiedle, znikały połączenia kolejowe, bo przecież wszyscy powinni poruszać się samochodami, znikały szkoły, posterunki, znikały drzewa, znikały parki, znikały lasy, znikało społeczeństwo. Zanim kazano nam przestrzegać kwarantanny byliśmy już wcześniej zabarykadowani w naszych mieszkaniach, nieufni wobec nieznajomych i sąsiadów. Społeczny dystans? Proszę bardzo przecież to nic nowego. Praktykujemy go od lat. Byliśmy jak ziarnka piasku na plaży, które wzięte w dłoń przesypują się nam przez palce. I wtedy nastała epidemia.

Zaraza i klasa niewidocznych ludzi

Nagle okazało się, że jesteśmy ciągle wspólnotą, a nie zbiorem pojedynczych atomów. Trwa na naszych oczach festiwal międzypokoleniowej i międzyklasowej solidarności. Ludzie wywieszają kartki na klatkach schodowych z propozycją pomocy seniorom. Sami szyją maski, dostarczają jedzenie i posiłki dla pracowników szpitali. Rodzice zamknięci w czterech ścianach ze swoimi dziećmi mogą docenić teraz nauczycieli i ich ciężką pracę za psie pieniądze. Okazało się, że bez pielęgniarek i lekarzy w publicznych szpitalach sobie nie poradzimy. To oni są na pierwszym froncie walki w tej bitwie, ale ich wojna trwa już od dawna. Na co dzień zmagają się z brakiem środków, przepracowaniem i fatalnymi warunkami pracy. Ci którzy mają ten luksus, że mogą pracować z domu doceniają pracę tysięcy ludzi kasjerek, listonoszów i kierowcy, którzy nie mogą pozwolić sobie na zostanie w domach. Na co dzień ich praca jest niedostrzegalna. Cała klasa „niewidocznych” ludzi sprawia, że w kranach mamy wodę, w kaloryferach ciepło, nasze śmieci lądują na wysypiskach a w sklepach możemy kupić produkty pierwszej potrzeby.

Wirus, który przywrócił demokrację

zy solidarność przetrwa dłużej niż kwarantanna i przyniesie trwałą zmianę? „Polacy potrafią jednoczyć się tylko w czasach kryzysu” brzmi popularna mądrość ludowa i trudno się z nią nie zgodzić. Tylko teraz kryzys stał się nową codziennością. Strach, poczucie niepewności i braku bezpieczeństwa jest nieodłącznym elementem życia milionów ludzi. Zarówno w krajach biednego południa, ale też coraz bardziej bogatej północy. Dzięki koronowirusowi politycy i bogaci biznesmeni na co dzień odcięci od codziennych problemów ludzi musieli stawić czoła prostej prawdzie: też są śmiertelni. Ich los i życie zależy od tego co zrobią ich pobratymcy. Wirus przywrócił na chwilę demokrację. Wszyscy jesteśmy równi wobec niewidocznego zagrożenia. Przypomniał, że jesteśmy tak silni jak najsłabsi z nas. Na kilka tygodni może miesięcy możni tego świata będą musieli poczuć się tak jak setki milionów ludzi na co dzień. W strachu i zagubieniu nie wiedząc, co przyniesie jutro. Moment zachwiania jest zawsze szansą na zmianę.

 

Historia uczy, że wiele musi się zmienić, żeby nic nie uległo zmianie. Po kryzysie w 2008 roku politycy wykupili za pieniądze podatników długi, których narobili bankierzy i szefowie wielkich korporacji. Żadnemu z nich nie spadł włos z głos. Koszty poniosły zachodnie społeczeństwa w postaci stagnacji płac, śmieciowych form zatrudnienia i rosnących kosztów życia. Społeczeństwa odpłaciły się Brexitem, Trumpem, Salvinim i Kaczyńskim. Wszystko wskazuje na to, że kryzys roku 2020 będzie miał inny, znacznie głębszy charakter. Dotknie wszystkich sfer ludzkiego życia – zdrowotnego, finansowego i środowiskowego. To jest wojna o przetrwanie społeczeństwa i trzeba się do niej przygotować.

Czas na zielony renesans

Potrzebujemy dzisiaj nie polityki zaciskania pasa na brzuchach najuboższych, ale odbudowy państwa i jego instytucji. Konieczne są inwestycje w usługi publiczne, na czele z edukacją i służbą zdrowia. To jednak nie wystarczy. Musimy też inwestować w nową infrastrukturę. Po kryzysie będziemy musieli stworzyć tysiące nowych miejsc pracy. Wiemy, że jeśli chcemy uchronić się przed katastrofalną suszą i dalszym wzrostem temperatur musimy porzucić węgiel i przestawić się na czyste źródła energii. Kryzys daje nam unikalną szanse na przyspieszenie zielonej transformacji. Dzisiaj nie tylko Polska ale cały świat potrzebuje zielonego renesansu. Jeśli dzisiaj słuchamy naukowców, to czemu mielibyśmy ich nie słuchać, gdy mówią, że jeśli w ciągu dekady nie zredukujemy radykalnie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery biologiczne podstawy przetrwania naszej cywilizacji zostaną zagrożone. Jeśli z powodu niewidocznego zagrożenia możemy zamknąć pół świata i wstrzymać całe sektory gospodarki, to możemy sobie poradzić z globalnym ociepleniem. To tylko kwestia priorytetów i politycznej woli. Skorzystajmy z kryzysu, żeby ułożyć sobie lepszy świat. Dzięki wirusowi przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy na tej planecie razem i jeśli tylko chcemy możemy robić rzeczy wielkie. Wizja klimatycznej katastrofy sprawia, że musimy się między sobą dogadać. Nie spieprzmy tego.

 

Komentarze